poniedziałek, 3 lipca 2017

Epilog

Zimny wiatr owiał jej ciało, ubrane w czarną sukienkę. Brązowe włosy z mysim odcieniem, które przycięła u fryzjera podczas ostatniej wizyty, teraz sięgały ledwo do ramion. Na końcach nie było już śladu po żadnym jasnym kolorze. Wózek na którym siedziała nie był zbyt wygodny, chociaż nie mogła narzekać, gdyż lepszego mieć już nie mogła.
Obok niej stal Liam z gipsem na prawej ręce. Miał na nim narysowane rożne obrazki wykonane właśnie przez Lily. Trochę żartów, które w tym czasie dodawały chociaż trochę otuchy. Trzymał rękę na jej ramieniu ściskając delikatnie, a ona trzymała tą dłoń splatając ich palce. Tak się wspierali.
Dzień był pochmurny, jakby świat płakał, że grzebią kogoś wielkiego. Takim był widziany Zayn przez swoich przyjaciół. Nie ważne ile przewinił, wszyscy wybaczyli mu, ponieważ go kochali. Miłość wybacza wszystko.
Ceremonia nie była długa. O śmierci chłopaka nie wiedziała nawet rodzina, gdyż on sam by tego nie chciał. Zniknął na zawsze, nikt na niego w domu rodzinnym i tak nie czekał od wielu lat. Przemówiło kilka osób. Lily, Liam, nawet Drew oraz Katrine, ci którym był najbliższy przez ostatnie miesiące. Policjanci i koledzy ze służby także stanęli przed amboną wy powiedzieć parę słów.
Dobrze go wszyscy wspominali – jako ciepłego, zwariowanego i czasem nierozważnego gościa. O zmarłych nie mówi się źle, powiadają, ale jego złe uczynki wymienili, po czym tylko dodawali, że na końcu i tak był najbardziej dzielny z nich wszystkich, dlatego jako jedyny poświecił życie w tamtej walce.
Wszyscy rozeszli się najszybciej jak mogli, gdyż byli cali zziębnięci i mokrzy. Liam i Lily pojechali do swojego nowego wynajmowanego mieszkania na przedmieściach Londynu, Katrine wyruszyła w drogę do hotelu, by na następny dzień wracać do Leeds po resztę rzeczy do przeprowadzki. Chciała być blisko córki i nadrobić stracony czas.
Drew wyjechał gdzieś na zachód po całym zdarzeniu i wrócił tylko dla Zayna. Pogrzeb odbył się dość późno, ale wybrali urnę, dlatego nie było problemu z dostosowaniem pogrzebu do czasu gości.
Tom jak to Tom. Zaginął w akcji, a Steven wrócił do rodziny, dalej pracując jako komendant główny londyńskiej policji na wydziale detektywistycznym.


Rehabilitacja Lily nie przynosiła szybko efektów. Miała czucie, jednak coraz ciężej było jej je dostrzec w swoim ciele podczas ruchu, więc szanse na powrót do pełnego zdrowia były znikome. Miała jednak nadzieję, że kolejne lata będą lepsze, szczególnie w tym aspekcie. O inne nie musiała się martwić.
Ona i Liam byli szczęśliwi ze sobą. Mimo wielu złości, strat i walk przetrwali. Życie było dla nich ciągłą walką, co nie zmieniło się za bardzo, gdyż doszły nowe problemy z niepełnosprawnością, wydatkami, karami pieniężnymi za złamane prawa podczas ich nazwijmy to przygody.
Także myśli o tym ile mogli mieć, a tego nie mają dobijały, jednak próbowali się wspierać nawzajem w tych niespełnionych marzeniach/
Brak możliwości posiadania dziecka chyba najgorzej na nich podziałał. Nie chcieli wtedy rozmawiać, bo obwiniali się o to. Jedną szansa na posiadanie potomstwa była tylko adopcja, jednak był to ciążki temat, gdyż matka na wózku niekoniecznie była uplasowana na samym szczycie listy rodzin adopcyjnych.
Prawda była taka że ich życie nie nabrało kolorów, dalej było szare.
Jednak mimo tego bólu który przetrwali, czekały na nich kolejne przeszkody. Liam dalej pytał siebie, co zrobił światu złego, ale potem patrzył na śpiącą dziewczynę, ze spokojną brzoskwiniową buzią i uśmiechał się zapominając o narzekaniu. Mieli siebie i to było najważniejsze. To ich pchało do przodu.

Codziennie rano, kiedy Liam wychodził do pracy całował ją delikatnie. Nie ważne czy byli po kłótni czy po długiej ciszy, albo bo wielkim szczęściu. To był ich rytuał. Już nigdy nie chcieli rozstawać się bez aktu miłości, gdyż więcej stracić się bez niego nie chcieli. Tak jakby żegnali się przed każdym wyjściem na zawsze, jednak z nadzieją że druga osoba wróci za parę godzin.
Zawsze patrząc na siebie myśleli o tym, że kiedy znowu się zobaczą, będą wiedzieć nie będą o nic pytać. Nie będą pytać kim są, czemu tu są lub czemu się kochają. Wiedzieli bowiem, że ten chłopak był dla niej od zawsze policjantem , a ta dziewczyna zawsze była dla niego obrońcą. Bezustannie chronili się nawzajem, nie ważne za jaką cenę, gdyż kierowała nimi miłość.

He will always be her policeman
She will always be his protector


THE END


***

Nawet nie wiem co powiedzieć. Zakończyłam tę historię. Jest to wielka część mojego życia, którą zamierzam kontynuować. Dalej jakoś nie dochodzi do mnie, że napisałam te ostatnie słowa.

Chciałabym podziękować wszystkim którzy wspierali mnie w moim pisaniu, wytykali błędy i po prostu tu byli. Nie ma was za dużo, ale mówię to do osób, które może kiedyś tu przybędą.

Usunę to opowiadanie za jakiś czas, by nadać mu nowe lepsze życie. Zaczęłam je pisać 3 lata temu, więc wiele rzeczy się od tego zmieniło - od mojego mózgu po styl i pisarski. 

Jeszcze raz dziękuję. Kocham was.

Rozdział 22

Liam był gotów na walkę. Krew buzowała w nim niesamowicie. Nie wiedział czy to ze strachu, ekscytacji, tęsknoty, nawet minimalnego szczęścia, że ma szanse wreszcie uwolnić siebie i swoich przyjaciół od całej tej nienormalnej sytuacji. W końcu czuł zew wolności, jakby właśnie wchodził w strumień jej wodospadu. Chciał się poić chwilą zwycięstwa, która miała nadejść niebawem. Był tylko jeden problem. Nie można było być pewnym, że ta chwila nastąpi.
Chłopak był świadom, że Drew po drugiej stronie walczy właśnie ze sobą. Rozumiał jego uczucia tak bardzo, że nawet sam się tego nie spodziewał. Mimo tego, że kiedyś byli wrogami to fakt, że Drew był tutaj, sprzeciwiał się miłości swojego życia, nie ważne jak go skrzywdziła i wykorzystała, fakt, że pomagał ludziom sobie obcym, których znał tylko parę tygodni dzięki dziennemu trenowaniu był zadziwiający. Drew był dzięki temu bardzo honorowy według Payne’a. W środku gdzieś czuł respekt do mężczyzny tak wielki, że nie mógł opisać tego słowami. Był chyba po prostu wdzięczny, że tamten umożliwił im wszystkim scalenie się i połączenie sił w walce z Madison Allen.
Gdyby mężczyźni byli właśnie obok siebie, zapewne osłanialiby się nawzajem. Ogród w którym stal brunet był ciemny, bardzo niepozorny w świetle ulicznych latarni i gwiazd. Deptał idealnie ścięta trawę, czując się jak nastoletni chuligan, który wtargnął na posesje swoich bogatych sąsiadów, by zerwać trochę jabłek z drzew w ich sadzie. Nawet dużo nie różniło się to od prawdy, jednak obraz byłby niepokojący, gdyby nastoletni niczego nieświadomy chłopak zbliżył się do jabłoni z pistoletem w ręce, nie plastikowym, a takim, który potrafił zabić.
Drzwi do budynku były otwarte. Payne przedostał się przez nie i plecami oparł się o ścianę. Gdzieś na korytarzu było słychać rozmowy mężczyzn. Była też kobieta, ale nie była nią Madison. Najwidoczniej Allen zgromadziła w swojej drużynie także kobiety. Było to mądre posunięcie. Kobiety zabija się trudniej, gdyż jakaś cząstka tego czułego faceta, która się budziła w Liamie już w tamtej chwili podpowiadała mu, że nie powinien jej zrobić krzywdy, nawet jeżeli była wrogiem.
Przeszedł dalej wyłaniając się z zza rogu. Przemknął w dalsza cześć korytarza pozostając niezauważonym. Nie chciał robić rabanu.
Spokojnie szedł dalej, ocierając swoim rękawem kurtki prawie idealnie gładką powierzchnie ścian. Musiał przejść do klatki schodowej, która prowadziła do piwnic. To było pierwsze, najpewniejsze miejsce, które miał sprawdzić. Włączył noktowizor, bo przez ciemność nie było widać praktycznie nic, a musiał być ponad przeciętnych członków mafii.
Wokół zaczął robić się zamęt. Kroki cały czas zbliżały i oddalały się od mężczyzny, który praktycznie nie oddychał. Za każdym razem kiedy ktoś był obok niego, przytulał się do ściany. Na szczęście widział ich, jednak nie był pewne to, że oni nie widza jego.
Ludzie znikali w zakrętach biegając w te i we w te. Brak prądu utrudnił trochę sytuacje, jednak po glosach wiadomo było, że wszyscy są świadomi kogo los przywiał do bazy. Każdy mówił tylko „Drew, Payne, Malik”. Ich nazwiska pojawiały się w każdej rozmowie, którą wyłapało ucho Liama. Nie był w stanie powiadomić o tym nikogo, gdyż najmniejszy dźwięk mógł spowodować zlokalizowanie go i zatrzymanie całego planu.
Próbował odwzorować mapę, którą widział w laptopie Drew. Prawo, lewo, cały czas prosto i zakręt w prawo, który będzie prowadził do klatki schodowej. Nie byłoby problemu gdyby w budynku były jedne schody, która prowadziłyby na każde piętro. Znalezienie jej było banalnie proste. Marlock kiedy tworzył tę bazę wiedział, że nie może ułatwić pracy włamywaczom, dlatego kiedy teraz napadali na to miejsce, mógł pożałować, że jest takim dobrym strategiem. O ironio.
Wymacał prawą ręką drzwi, które były na planie. Uśmiechnął się do siebie, jednak szybko ten uśmieszek zszedł mu z ust, kiedy usłyszał kolejne kroki. Były coraz szybsze, aż w końcu wszystko  przerwał na chwile strzał. Pierwszy strzał, który padł.
Payne w uchu usłyszał tylko głośny krzyk Toma, mówiący żeby zwiewali, bo go znaleźli. Po tych słowach kompleks wypełnił się odgłosami walki, nawołaniami prawdopodobnie liderów o przegrupowaniu się i szukaniu oprawców.
Cholera. Kroki zamieniły się w bieg, nie mógł się teraz cofnąć. Za nim było także pełno ochroniarzy miedzy którymi cały czas lawirował. Szybko wszedł w korytarz jednak nie miał możliwości iść dalej.  Był to ślepy zaułek stworzony z nadciągających ludzi zza jego pleców i grupy oblegającej klatkę schodową.
Ruszył szyb kona schody, ale zanim się spostrzegł, dwa ciała wleciały na niego z ogromnym impetem wywołując dookoła trudno niezauważalny hałas.
- Co do kurwy… - mruknął, po czym poprawił noktowizor. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, że na jego ciele leży Zayn i Katrine cali spoceni. – Co wy myślicie, wstawać do cholery – burknął szybko i kiedy się podnieśli Zayn zaczął tłumaczyć, że musza uciekać.
Nie było mu jednak dane dokończyć, gdyż w tej samej chwili w całej bazie wzniósł się alarm. Światła jak szybko zgasły, tak się zapaliły i teraz nie było mowy żadnej ucieczce. Byli w potrzasku, nie mieli jak się teraz schować w cieniu. W dodatku upadek spowodował, że parę członków mafii żebrało się w sąsiednich korytarzach, by zobaczyć, co sie dzieje.
W jednej sekundzie wszyscy wyciągnęli bronie mierząc do trójki. Ci jednak nie pozostawali dłużni i także wyciągnęli pistolety.
Ważna była reakcja. Zayn strzelił pierwszy.
- Stary biegnij. Biegnij już teraz – warknął, po czym razem z Katrine opierając się o siebie plecami, strzelali do wrogów równo. Payne odbezpieczył pistolet i ruszył przez tłum pozbywając się kolejno ludzi torujących mu drogę. Dyszał ciężko uderzając rekami twarze tych, co go obeszli. Ręce jakby wyrastały nad nim i próbowały zatrzymać go łapiąc za części jego odzienia. Nokautował jednak napastników jak szybko potrafił, co było skuteczne.
Drzwi do klatki schodowej były wciąż otwarte, więc kiedy wyleciał przez nie, szarpnął mocno by zatrzasnąć je przed rozwścieczoną twarzą jednego z żołnierzy Madison, który zauważył jego szybkie przejście przez zaporę. Usłyszał tylko głuchy huk w drzwi, które zadrżały lekko. Odetchnął cicho.
Miał szczęście. Klatka schodowa była pusta, więc miał przejście. Pozostał jednak czujny schodząc coraz niżej.
- Jestem na drodze do piwnicy, odbiór – szepnął cicho, na co odpowiedzą było tylko dyszenie jego przyjaciół.
- Przechodzę na piętro kadr – wymruczał ochrypniętym głosem Drew. Chłopak strzelał nieustannie do swoich były wspólników. Dawno nie czul takiej złości.
Przechodził przez kolejne piętra pozbywając się ludzi, jakby deptał mrówki butem. Żadna nie uciekała, gdyż był tak skuteczny, jakby najpierw żebrał wszystkie te zwierzątka do kubeczka, a potem poddusił je wodą. Następnie zrzucił na ziemie i podeptał. Padała każda, nawet nie miała szansy ucieczki.
Mimo że może nie był lepszy od nich, to miał jedną przewagę. Gdy widzieli Drew przez pierwsze parę milisekund zatrzymywało ich zaskoczenie, strach i wielkie niedowierzanie. Widzieli tego Drew, swojego kompana który zdradził ich dla jakiś dziwnych ludzi współpracujących niekiedy z policją.  Prawda była taka, że Marlock pierwszy raz zrobił to co słuszne i gdyby mógł, nie zabijałby tych ludzi, tylko nauczyłby ich, że to co robili nie było dobre… przynajmniej nie powinno być dla nich dobre.
Jego dusza szefa mafii pozostała. Nie zamierzał się teraz przekwalifikować, bo i tak czekało na niego wiezienie, ale przebywanie z Liamem i Zaynem trochę dało mu do myślenia.
To była ta chwila, miał już wchodzić na piętro. Przekroczył wejście i wybiegając zza niego posłał trzy strzały w korytarz. Ciała padały jedno po drugim. W głowie Drew nawet się cieszył, ale to była tylko chwilowa iskra, gdyż musiał być cały czas skupiony. Adrenalina rozeszła się w jego ciele z zawrotną szybkością. Zwolnił trochę tempo, gdyż krew aż napłynęła mu do uszu i nic nie słyszał. Stanął we wnęce i przeładował pistolet. Pot na jego czole spływała powoli, jakby pocił się swoją własną posoką.
Odetchnął sekundę i już miał podążyć do miejsca gdzie była Madison, kiedy poczuł gorąco w swojej nodze. Podniósł wzrok, a przed nim stała jakąś kobieta, bardzo przerażona, ale z bronią w ręce. Nawet nie łapiąc się za nogę strzelił w nią i zaczął bieg.
- Kurwa mac – mruknął, kiedy patrzył na ranę. Ominął ciało kobiety, z którego krew zaczęła płynąć. Nie spudłował, trafił w samo serce. Jakby był nieomylny. Nie chciał się oglądać za siebie, gdyż to by sprawiło, że poczułby ból egzystencjalny. Nie lubił zabijać niewinnych, a ona wyglądała jakby została do tego zmuszona. Jednak były wyższe cele, trzeba to uszanować.
Świat jest przepełniony wojnami i walkami. Wolności nie zdobywa się przez rozmowy. Czasami pojawiają się niewinne ofiary, ale to była ofiara za wolność innych.

Liam jednak nie radził sobie tak dobrze, by myśleć o życiu i o tym co by chciał, a czego nie. Był w tłumie ludzi, który zebrał się w piwnicy. Strzelał ile mógł, ale naboje kończyły się zbyt szybko. Dostał już parę kul. Jego kamizelka jednak dobrze go chroniła i platoniczny ból, który tworzyły pociski szybko przechodził, ustępując racjonalnemu myśleniu, którego potrzebował Payne.
Chłopak jednak nie radził sobie, a pociski coraz bardziej zbliżały się do jego odsłoniętych części ciała. Widział jakby w zwolnionym tempie, jak naboje lecą do niego. Przed niektórymi się schylał i unikał ran. Ich momentalne ciepło muskało jego skórę nie zostawiając śladów krwi, jednak pozostawiając mentalne draśniecie. Jakby zaczął igrać ze śmiercią.
W pewnym momencie jeden z gości rzucił się na niego wyrywając mu pistolet. Przyłożył mu prosto w twarz z pięści, kątem oka widząc, jak wszyscy mierzą do niego. Było to może 5 osób, więc szybkość reakcji mogła być rożna. Było pewne jednak to, że za chwile umrze. Nie miał jak się ukryć.
W chwili kiedy padły strzały zamknął oczy i pomyślał sobie, że jest na to gotowy, prosił tylko by jakoś uratowali Lily. Miłość jego życia. Chciał, by przetrwał sens, który nadawała swoja osobą. Nie chciał niczego więcej.
I tak czekał, czekał, jakby sekundy nie płynęły, aż w końcu otworzył oczy trochę zdezorientowany. Przecież usłyszał strzały, a naboje powinny go trafić już dawno. Nie był przecież czarodziejem ani nie żył w Matrixie.
Odwrócił głowę, by ujrzeć dobrze znaną sobie twarz. Afroamerykanin, przyjaciel z dzieciństwa i ponoć już pogrzebany w grobie Steven Tyler. Jakież było jego zaskoczenie, kiedy ciało mężczyzny wcale nie było zimne i położone w trumnie, a stało dzielnie i silnie z bronią w ręce mierząc do napastników Payne’a. Wokół Tylera było jeszcze kilku policjantów ubranych w mundury antyterrorystyczne.
Wszystko zaczynało nabierać sensu.
Cale wyjście Zayna, brak jego zadrapań i ran, bardzo szybka reakcja żony. Wszyscy jednak uwierzyli. Od Liama po Madison i właśnie o to chodziło.
Payne nie spodziewał się, że w życiu spotka go sytuacja, że coś będzie rozgrywane za jego plecami nawet dla jego dobra. Teraz jednak poznał całą sytuacje i nawet nie sadził, jaki będzie szczęśliwy, że Malik tak to rozegrał. Był zrozpaczony wcześniej, to prawda, ale kiedy stał i miał już umrzeć, stary przyjaciel przyszedł mu na ratunek. Tak naprawdę to miał cholerne szczęście. Jakby był w czepku urodzony.
- Co to do cholery – spojrzał na ciemnoskórego, a on tylko szeroko uśmiechnął się pokazując białe lśniące zęby.
- Powstałem z umarłych.
- Właśnie widzę Tyler – Liam podszedł do niego i przytulił mocno. Spojrzał przez ramie przyjaciela na antyterrorystów, którzy cały czas strzelali. No tak, chwila dla miłości i przyjaźni się skończyła, kolejna fala nadciągała.
- Nie mogłem ściągnąć wszystkich oddziałów, był jakiś atak bombowy po drugiej stronie miasta, więc tym się zajęli, ale jakoś damy rade prawda? – mówiąc to wyciągnął rękę obok głowy bruneta i zabił kogoś biegnącego od drzwi do drzwi.
- Mamy trochę mało czasu…
- Wiec chodźmy – powiedział szybko i popchnął lekko Liama w stronę jedynych zamkniętych drzwi w piwnicy.

Drew z impetem wszedł do pomieszczenia. Pistolet trzymał blisko siebie, ponieważ gotowy był na brak negocjacji. Było ciemno wiec dłonią wymacał załącznik światła. Pokój był czarnej oprawie, taki jaki go zapamiętał. Jednak zawartość pomieszczenia była inna, niż się spodziewał.
- Kurwa. Gdzie ona do cholery jest…
W tamtej chwili właśnie źrenice rozszerzyły się mu mocno. Pusty pokój sterowania oznaczał tylko jedno. Madison właśnie czekała na Liama wraz z Lily. Tego był na sto procent pewien.
Chyba nigdy tak szybko nie przemieścił się z samej góry budynku aż do piwnicy. Praktycznie wszystkie korytarze usłane były ciałami członków grupy zorganizowanej przeciwko nim.
Jego spodnie miały czerwone plamy, jakby biegał po błocie na dworze. Tylko, że to ploto nie było. Pod butami słychać było plusk gęstej krwi wylewającej się z ciał. Czasami przeskakiwał nad nimi, czasami dobijał niektórych, gdyż ci ostatkami sil mierzyli do niego.

W piwnicy znalazł się po chwili. Zapomniał kompletnie o swojej ranie na nodze, chociaż nieświadomie utykał. Przemknął przez grupę antyterrorystów, którzy stali na czatach, by nikt więcej się nie przedostał. Strzały z górnych pięter było słychać cały czas. Zayn i Katrine tam walczyli. Tom dalej rozprawiał się z innymi. Parę ludzi Tylera na pewno im pomagało. Drew jednak nigdy nie był tak zdenerwowany.  Bał się o innych, aż dziw.
Szybko wbiegł do pomieszczenia gdzie znajdowała się Lily, musiała się tam znajdować, bo nigdzie indziej jej nie było. Widok który ujrzał przed sobą zmroził jego ciało.

Dziewczyna siedziała na krześle, cala zmarnowana. Patrzyła ze łzami w oczach na Liama, który stal tuż przed nią z wyciągniętym pistoletem. Mierzył do madison która z odbezpieczoną bronią koczowała przy dziewczynie i ciągnąc ją za włosy, przykładała jej lufę do skroni. Steve nie mógł nic zrobić. Antyterroryści szarpali się ludźmi Madison, praktycznie wszyscy bez broni, bo ta leżała na ziemi. Czuł, jakby czas się zatrzymał. Wszyscy stali w miejscu, a on szedł do przodu omijając ich. Jak w filmie. Słyszał tylko śmiech Allen. Groziła im.
Jeden krok i ją zabije.
Może czas było jednak zmienić strategie? Może powinien pozwolić ją zabić, czemu nie? Wszystkie problemy by się rozwiązały. Nie miałby zobowiązań, wróciłby do dziewczyny, którą kocha, do starego stylu życia. Może to był jakiś plan. Był trochę zamroczony myślami, jednak wiedział co robić.

Podszedł do Stevena i podciął mu nogi by ten upadł. Znokautował go, by ten nie miał jak się wtrącić. Całe skupienie zwróciło się na niego. Nawet nie słyszał, co krzyczy Liam. Zapewne coś w stylu „co ty robisz?!”. Jednak w uszach mu piszczało, nie słyszał.
Wycelował w niego pistoletem i podszedł blisko, szepcząc mu do ucha, że wszystko będzie dobrze, nie strzelaj do mnie, przepraszam. To zdanie powierzył tylko mu, a następnie strzelił w jego bark. Chłopak złapał się mocno na ramie i przykucnął z bólu puszczając pistolet. Krzyk Lily rozdarł cały pokój. Myślała, że dostał w serce.
- Drew kochanie – Madison rozpromieniła się i rozłożyła ręce puszczając biedną Lily. Drew uśmiechnął się i przytulił ją mocno podnosząc do góry.
- Bardzo za Tobą tęskniłem – wyszeptał, a ona pogłaskała go po włosach opiekuńczo.
- Już dobrze. Wszystko już dobrze. Możesz wrócić do domu. Już po wszystkim.
- Madi… - stanął obok niej wyjmując jej pistolet z rąk bardzo subtelnie. – Problem w tym, że ja wrócę do domu, a ty nie.
- O co ci chodzi – powiedziała zdezorientowana i zanim zdążyła coś jeszcze powiedzieć, kula przeszyła jej pierś na wylot. Jej piękne, zgrabne ciało zaczęło spadać na betonową posadzkę. Ostatni widok jaki widziała przed śmiercią, była twarz Drew. Jego smutna twarz, policzek po którym leciała samotna łza i usta szepczące ciche „przepraszam”.  Jakby to była jego wina, że musiała umrzeć.

Wraz ze śmiercią Madison wszystko poleciało jak domino. Kolejni napastnicy padali, aż nie zostało z nich nic. Niektórzy poddawali się, niektórzy chcieli uciekać inni zmieniali stronę walki, by nabyć jeszcze trochę szczęścia i przeżyć.
W bazie zaczęło cichnąc.
Drew obwiązał ramie Liama bandażem kolejny raz przepraszając. Dostał wybaczenie, gdyż koniec końców wszystko było dobrze. Steven nie strącił przytomności, wręcz ledwo co zabolał go upadek. Widząc co robi Drew, nie chciał mu przeszkadzać. Ciemne oczy naprowadziły go na drogę rozumowania chłopaka.
Steven usiadł spokojnie przy ścianie wdychając powietrze. Musiał się uspokoić. Podniósł wzrok, by zobaczyć cala sytuacje, która miała teraz miejsce. Też czekał długo, by zobaczyć jak wszystko się znowu dobrze układa, szczególnie dla Liama.
Drew przeciął liny trzymające ciało Lily na krześle. Na jej rekach były okropne ślady, wielu szarpań, prób ucieczki, tygodni męczarni. Jej zmasakrowane małe ciało wpadło w ramiona Liama w jednej sekundzie.
Ciepło jakie otuliło dziewczynę, było nie do opisania. Zaczęła płakać cicho czując ciało innego człowieka, a to było ciało, które dodatkowo kochała. Mocno zacisnęła ręce na ubraniu chłopaka, jakby zaraz miał odejść i ją znowu zostawić.
Liam nic nie mówił, patrzył się tylko w dal za ramieniem Lily przytulając ją. Nie mógł uwierzyć, że to był koniec, że znowu są razem. Był taki szczęśliwy.
- Nigdy nie widziałem cie w brązowych włosach – szepnął w palcach trzymając pukiel jej włosów. Ona spojrzała na niego i potem na jeden z kosmyków.
- Nie widziałam się w lustrze od…
- Od 4 miesięcy – szepnął Liam po czym pocałował jej czoło delikatnie. – Już będzie dobrze obiecuje.
- Dobrze, wierze ci – powiedziała tez i bezsilnie zsunęła się co jego ciele.

Mężczyźni opatrzyli trochę ciało Black. Kiedy wyglądała już na w miarę zabezpieczoną, Payne wziął ją na ręce. Musieli stąd jakoś wyjść. Poszli znowu na klatkę schodową pełną trupów. Jeżeli Lily nie byłaby wtulona w chłopaka, na pewno nie wytrzymałaby tego widoku. Był jeszcze gorszy niż w ich własnej bazie podczas poprzedniego ataku, kiedy jej już nie było. Nie mogła być na to przygotowana.  
Wspięli się po schodach i weszli na korytarz zadowoleni. Pierwszą rzeczą jaką ujrzeli była Katrine i Tom klęczący.
- Gdzie Zayn – zapytał Liam podchodząc bliżej. Katrine ze łzami w oczach odwróciła się do niego, a na jej buzi zagościło cos nieokreślonego. Widok córki był samym szczęściem, a ona się nie cieszyła?
Dopiero kiedy kobieta wstała, a Liam posadził Lily przy ścianie, by te mogły się przywitać dostrzegł, czemu kobieta była taka załamana.
Na posadzce leżał Malik z ręką przyciśniętą do piersi. Miedzy palcami było widać pełno krwi, a jego oczy skierowane były w sufit, praktycznie bez życia. Wszyscy tylko stali i patrzyli, bo nie mogli nic zrobić. Wyrok już zapadł.
Liam w mgnieniu oka znalazł się przy przyjacielu i złapał go mocno za dłoń. Zacisnął ją, bo nie umiał powstrzymać bólu, który się w nim gromadził.
- Zay… - szepnął, a ten odwrócił tylko wzrok w jego stronę.
- Ja nie chciałem – zakaszlał mocno przerywając zdanie.
- Shh cicho nic nie mów – powiedział brunet dając drugą dłoń na jego czoło. Na koszulkę Zayna spadały pojedyncze krople z oczu Liama. Widok ruszał go dogłębnie, jakby był nierealny.
- Ja nie chciałem was skrzywdzić… - ciemna buzia zaczęła blednąć, jakby łza płynąca z czekoladowych oczu, mroziła ją pod swoim dotykiem. – Ja tylko ją kocham. Ja tylko ciebie kocham.
- Nie… Nie mów tak – pokręcił głową Payne, po czym pogłaskał głowę chłopaka. Chciał zatrzymać pożegnalny potok słów, którego się spodziewał, jakby to miało wszystko zmienić.
- Ja zawsze cie kochałem – uśmiechnął się bardzo delikatnie. – Przepraszam.
- Nie. Nie pieprz głupot – Liam zaczął panikować. Rękę czoła przyłożył do reki Zayna i docisnął bardziej, widząc jak mulat traci siły i nie tamuje już krwi.
-Wszystko będzie dobrze, nie bój się – powiedział tylko.
 W tamtej chwili zapadła głęboka cisza. Liam przestał czuć bicie jego serca, a brązowe oczy zostały w tym samym miejscu, wpatrzone  błękitne Liama. Na zawsze.
Nikt się nie odezwał przez dłuższa chwile. Nie wiedzieli co powiedzieć.
- Nie Zayn proszę nie – chłopak krzyczał wreszcie głośno, niszcząc głuchą ciszę, a Drew złapał go mocno za ramiona odciągając go od ciała Zayna, które Liam lekko trząsł, majac nadzieje ze ten drugi się obudzi.
- Liam, on umarł przestań – Marlock mówił chłodno, ale w środku także odczuwał duży niepokój, jednak to on musiał zachować zimną krew.- Odpokutował, daj mu odejść w spokoju Liam.

Chłopak nie chciał tego do siebie dopuścić. Zakrył twarz dłońmi i zaczął płakać cicho. Czy tak wyglądał właśnie jego koniec świata? Czy był szczęśliwy przez parę minut i znowu wszystko musiało się zawalić? Nie rozumiał tego, co złego zrobił wszechświatowi, że teraz za to płacił.
- Hej Liam… - Cichutki glos przybliżył się do niego. Dziewczyna złapała jego dłonie. Lily poprosiła, by Steven przyprowadził ją do niego. – Wiesz, on by nie chciał żebyś za nim płakał. – uśmiechnęła się lekko. Miała taki łamiący się głos, gdy patrzyła na ciało mulata, gdyż także kochała go, bardzo, bardzo mocno.
- To ja go zabiłem Lily, taka prawda.
- Nie Liam. Ani ty, ani ja, ani my go nie zabiliśmy. On się tez nie zabił. To zrobił ktoś inny.
- Gdyby nie…
- Tak, gdyby nie nasza miłość uważasz, że by do tego nie doszło? Myślę, że doszłoby. To był jego czas. On umarł szczęśliwy, przy tobie – powiedziała jeszcze ciszej i przytuliła chłopaka najmocniej jak umiała, wcześniej wycierając jego łzy. – On by chciał, żebyśmy w końcu wrócili do domu.
Po chwili zastanowienia, Liam spojrzał na buzie dziewczyny i wziął ją w dłonie wzdychając.
- Więc wracajmy do domu…



czwartek, 29 czerwca 2017

Rozdział 21

End is near

***

Czarnym autem zatrzymali się niedaleko kwatery głównej, którą wskazał Drew. Podmieniona już zawczasu rejestracja, nie wyróżniała się pośród innych okolicznych samochodów. Apteka przy której zaparkowali, była już zamknięta, gdyż godzina była na tyle późna, że żadna żywa i rozsądna dusza nie opuszczała już swojego lokum.
Było to dosyć irracjonalne, że zwykli ludzie, cywile, niczego nieświadomi mieszkali tak blisko grupy, która mogła ich zabić w każdej chwili. Pozbawić ich wszystkich oszczędności albo po prostu zastraszyć w taki sposób, że z własnej woli oddadzą całe dobro, które zgromadzili przez nędzny czas egzystowania na kuli ziemskiej. Nie czuli strachu, bo nie wiedzieli, że mają go czuć, wiec żyli spokojnie, dopóki strzały z pistoletu nie miały ich obudzić w środku nocy, albo cień nad ich łóżkiem nie miał szeptać ostatnich słow, które usłyszą. Byli spokojni, bo byli nieświadomi.
Antyterroryzm funkcjonujący w dzisiejszym świecie jest na tyle ubogi, że kiedy robi się naprawdę gorąco rządy umywają ręce. Cała akcja i cała sytuacja z mafią Drew i sama Madison stała się na tyle niebezpieczna, że lepiej było zostawić ją w spokoju niż spacyfikować. To był jeden z powodów, dla których Liam nie lubił policji. Na samym początku pałał wielką miłością do swojej pracy i dalej tak było, nawet nadmieniając, że już jej nie miał. Jednak aspektem który nie podobał mu się nigdy, był właśnie ten, że jak w każdej instytucji robi się wszystko, by tylko uratować własny tyłek.
Kiedy Liam Payne dokładnie sprawdzał, czy jego kamizelka jest zapięta, przypomniał sobie niektóre ze swoich trudniejszych zadań. Jako młody człowiek był podekscytowany życiem, pracą, zdobywaniem doświadczenia oraz po prostu możliwością rozwikłania tajemnicy. Zawsze był ciekawski. Dom dziecka i podłoże wspomnień jakie gdzieś w środku szargały jego nerwy, nigdy nie odebrały mu werwy i pasji jaką w sobie miał. Tym razem było jednak trochę inaczej.
Liam był przekonany do tego, że tej nocy straci kogoś, może raczej coś. Nie był pewny, czy to będzie jego życie czy bliska osoba, ale był pewny, że część jego świata zostanie zniszczona w bardzo agresywnym i szybkim tempie.
Zayn kiwnął głową na znak tego by wszyscy wyszli z samochodu. Jak w zegarku cala grupa zamknęła za sobą drzwi do pojazdu. Na twarz nałożyli maski tylko po to, aby nie zaskoczył ich jakiś gaz albo dym łzawiący. Musieli być gotowi na wszystko, gdyż Madison była mądra, a zwlekanie z dostarczeniem akt, sugerowało jednoznaczne niezgodzenie się z jej zadaniem i niesubordynację.
Każdy z nich miał bardzo ciężki oddech. Każdy się bał, ponieważ miała to być walka na śmierć i życie. Chcieli się szybko rozprawić z grupą, jednak spodziewali się, że ci na nich czekają albo chociaż są w gotowości do obrony. To było zbyt oczywiste. Może nawet szli tam tylko po to, by zobaczyć martwe ciało blondynki. Jednak nikt z nich nie chciał spocząć dopóki cala sytuacja nie zostanie rozwiązana. Śmierć Madison była także głównym celem, nie tylko dla Drew i Malika, ale także dla całej ludzkości która nie powinna mieć do czynienia z tą kobietą. Wydawało się to błahe, że młoda dziewczyna może tyle namieszać w życiu nie tylko politycznym jak i finansowym, ale także może rozsiać taki strach, że najsilniejsi mafijni żołnierze padali jej do stóp, albo chociaż byli posłuszni.
Drew sądził, że ona miała po prostu iskrę władcy. Trochę zaczerpniętą z jej ojca, trochę z despotycznej matki. Miał jednak nadzieje, kiedy jeszcze byli młodsi, że syndrom dyktatury ominie ją. Nadzieja jednak została stłumiona, kiedy jego ukochana zaczęła przejmować powoli każdy szczebel w hierarchii mafii, aż dotarła do Drew, którego chciała wyeliminować, nawet jeżeli pałała do niego miłością. Tego nie był już pewien, czy w tym wszystkim było chociaż trochę uczucia czy sama rządza władzy.
- Słuchajcie. Macie wszyscy słuchawki w uszach, nie mówcie głośno, szepczcie jak najciszej. Będę was instruował - mówił Drew spokojnie stojąc dalej przy aucie.  – Wkroczę dopiero wtedy, kiedy całe zasilanie będzie wyłączone. Pamiętaj Tom. Kamery maja osobne zasilanie, prawdopodobnie są sterowane automatycznie, jednak jest także pokój monitoringu z którego można włączać i wyłączać cały system. Zayn, opiekuj się Katrine, bo ja nie to ja cie zabije zgoda? – spojrzał na mulata, a ten kiwnął głową poważnie. Wiedział, że nie czas na żarty i nawet jeżeli Drew chciał tak rozładować atmosferę, nie udało mu się to, szczególnie w takiej sytuacji.  – Liam. Ty idziesz na drugą stronę budynku. Będziemy naprzeciw siebie, jednak będzie dzielić nas cała baza. Lily prawdopodobnie znajduje się w piwnicy, w której jest oddział lekarki oraz normalne betonowe pomieszczenia. Nie sugeruj się światłem. Idź za głosem. Czasami bywa tak, że ukrywają się w ciemnościach w bazie różni ochroniarze. Miej oczy otwarte. A i noktowizor – rzucił mu sprzęt, po czym odwrócił się w stronę ulicy, która prostopadle przecinała aleję, przy której znajdowała się baza.
- Drew. Jak ją spotkasz powiedz jej, że na jej pogrzebie nie będzie nikogo, nawet księdza – powiedział Liam kładąc rękę na ramieniu Drew. – zapłaci za to, że krzywdziła.
- Liam, słuchaj. Szatana nie można chowa, wiec groźba z księdzem się nie sprawdzi – wzruszyl ramionami i delikatnie się uśmiechnął. Na bladej twarzy wyglądało to raczej jak bardzo wymuszona mina, ale nawet taka dodawała odrobinę otuchy wszystkim.
Na zegarku wybiła godzina 23:00. Tom, Katrine i Zayn ruszyli boczna ulicą do kamienicy sąsiadującej z bazą. Tom poszedł w drugą stronę przechodząc przez parę niepotrzebnych alei. Dostał się dzięki temu przed bramę bazy ze strony niepozornego ogrodu, w którym rosły piękne, aż dziw, kwiaty. Wszyscy włączyli słuchawki, a Drew otworzył laptopa, który ukazywał plan całego lokum.
- Dobrze. Kamery zostały skierowane właśnie na północny wschód. Musicie wyczuć czas. Tom. W trawniku są umieszczone czujniki ruchu, prawdopodobnie zostały trochę zmodyfikowane od czasu kiedy dostałem informacje bo…
- Od kogo ty dostałeś te informacje? – zdziwił się Liam przerywając chłopakowi tłumaczenie, na co ten najeżył się trochę, ale wziął oddech i spojrzał na Payne’a.
- Miałem wtyki. Trzy dni temu dostałem ten plan, Chłopak został zabity wczoraj, bo odkryli, że jest wtyką także dla policji. O nas nie wiedzieli. Także dalej… - wrócił wzrokiem do laptopa.
Paręset metrów dalej Katrine razem z Zaynem wspinali się na dach budynku po drabinie pożarowej. Skrywając się w ciemności przeszli do krawędzi dachu i spojrzeli na sąsiedni budynek.
- Dwóch ochroniarzy z pistoletami. Patrolują – powiedział Malik i wyciągnął pistolet nakładając na niego tłumik.
- Hej, hej spokojnie – mruknął Marlock i przybliżył plan budynku jeszcze bardziej. – Musisz być ostrożny, gdyż ich ciało nie może upaść zbyt głośno. Będzie to słuchać. Najlepiej zrobić to z bliska dobrze wiesz…
- Nie mamy jak do nich podejść teraz – szeptał.- Jesteśmy stosunkowo blisko, ale trudno będzie sprawić, że oboje się odwrócą…
- Ja to załatwię – powiedziała Katrine i zaczęła przemieszczać się spokojnie po dachu. Zayn złapał się prawie za głowę, ale czołgał się obok niej posłusznie. Nie wiedział co kobieta zamierza zrobić, obserwował tylko jej ciemne włosy wychodzące spoza kominiarki, którą miała na sobie.
Dłonią poszukała kamyka na tyle dużego żeby mógł wywołać hałas. Zayn już wiedział na jaką sztuczkę wpadła Black, więc podłapał pomysł. Kiedy był już w  gotowości, dał jej znak.
Kamyk poleciał gdzieś przed mężczyzn patrolujących obijając się o betonowy dach. Cichy stuk odwrócił ich uwagę tak, że ich wzrok spoczął na powierzchni, gdzie spadła mała skałka. W tamtym momencie oboje z Zaynem wstali i zakryli usta oraz nosy mężczyzn. Poddusili ich lekko, tak by stracili przytomność. Ciała delikatnie położyli przy brzegu dachu, by nie były widoczne od razu po wejściu na niego.
- Dobra… Jesteśmy – powiedziała spokojnie kobieta patrząc na swojego partnera.
- Dobrze. Katrine świetna robota. Unieruchomcie ich i przełączcie ich pagery na mój sygnał… Fala 112.7. Będę odpowiadał na ich komendy. Nie mogą się zorientować , że ktoś wtargnął na teren.
Na znak Drew zrobili to co im powiedział. Związali im ręce oraz pozbawili jakiejkolwiek broni. Wzięli wszystkie naboje do swoich ładownic i odrzucili pistolety gdzieś na drugi koniec pola dachu.
Teraz był czas Toma. Gdyby zasilanie zostało wyłączone wcześniej niż kamery, cała kwatera by zorientowała się, że cos jest nie tak. Trzeba było zrobić to bardzo subtelnie, by nikt nie wiedział, że ktoś wtargnął.
Tom wszedł na drzewo rosnące przed posesją. Miał z tego miejsca idealny widok i parabole lotu, by wylądować na trawniku. W oknach święciło się światło i było widać w nich cienie ludzi. Musiał zrobić to bardzo, bardzo cicho. Czujniki w trawie także nie mogły go dopaść, dlatego musiał czekać na sygnał partnera. Kamery cały czas ruszały się w tej samej konfiguracji. Praktycznienie nie było miejsc, których nie obejmowały, ale jak wiadomo, każdy system ma swój słaby punkt.
Mężczyzna przed laptopem zaczął przygotowywać się do wyjścia, Liam także, wiec musieli być czujni i w aspekcie przygotowań i zarządzania planem. Drew zapiął porządnie swoja kamizelkę po czym spojrzał na ekran.
- Za 30 sekund włączą się nocne zraszacze…
- Nie, błagam cie – mruknął Tom i westchnął głośno. – Wiesz, że będę cały mokry i będę zostawiał ślady?
- Nie będziesz. Zraszanie nocne jest drobne, nie bój się szybko wyschniesz – uspokoił go z dozą ironii Drew po czym spojrzał na układ kamer. – Kiedy włączą się zraszacze poczekaj 3 sekundy i skocz na czerwoną rabatkę w sensie.. tę z lewej strony… - zastanowił się chwile, gdyz z planu wynikało ze obie rabatki mają ten sam kolor. – Wtedy nie będą działać czujniki. Biegnij do drzwi naprzeciw siebie, złap się parapetu nad nimi…
- Tam jest otwarte okno, ale ktoś tam siedzi…
- Weź bombę gazową. Wrzuć ją, ona zadymi pokój bezzapachowo, ale toksycznie. Otwórz następnie okno, wejdź i pozbądź się ochroniarza. Wywietrz pokój i wyłącz kamery.
- Ile mam czasu na to sprzątanie? – Tom był bardzo zdeterminowany. Pomacał się po pasku, gdzie miał przypiętą bombę i kiwnął głowa sam do siebie, jakby upewniając się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
- 45 sekund za… 3… 2… 1… - kiedy zakończył odliczać, zraszacze wysunęły się z ziemi, nawadniając zieloną wczesnowiosenną trawę. Po kolejnych 3 sekundach Tom odbił się od pnia drzewa lądując cicho miedzy czerwonymi, wielkimi daliami. Przemknął przez ogród i stanął, chowając się za ścianą. Oddychał głośno, ale starał się unormować bicie swojego serca ze stresu i szybkiego biegu.
Wziął w dłoń bombę i łapiąc się za parapet podciągnął się na tyle, że widział ochroniarza siedzącego przy biurku. Na jego szczęście nie był zbyt skupiony, gdyż jego zajęciem było rozwiązywanie niebieskich krzyżówek. Tom wsunął rękę do pokoju i zrzucił bombę odbezpieczając ją. Puszka wywołała cichy stukot, ochroniarz zanim zdarzył wypowiedzieć słowo, zemdlał od oparów silnego gazu.
Tom otworzył okno i wśliznął się do pomieszczenia zabezpieczając wroga. Wywietrzył pokój najszybciej jak to było możliwe i dał znak, że jest na pozycji.
- Świetnie. Zayn, Katrine…
- Jesteśmy na miejscu – powiedziała kobieta patrząc na Zayna, który złapał za klapę prowadzącą do klatki schodowej budynku.
- W takim razie. Tom wyłączaj kamery teraz – jak powiedział tak się stało. Chłopak pociągnął dźwignie w dół, po czym na ekranach w pokoju monitoringu pojawiła się ciemność. Kamery zostały wyłączone. Ręczne wyłączenie nie uruchomiło alarmu, na szczęście.
Zayn i Katrine cicho zeszli po małej drabince na schody. Trzymając przy sobie pistolet Zayn przeszedł prosty korytarz i zaczął powoli schodzić dając żnąc kobiecie ręką, by ta szła za nim, jednak by także była uważna. Przeszli na niższe piętro, na którym było całkowicie ciemno, co zaniepokoiło Zayna. Wiedział, że musi przejść przez niego, by wejść na poziom gdzie był sterownik zasilania. Problemem było to, że znajdował się on w innym skrzydle na ostatnim piętrze, które na pewno było silnie strzeżone, albo chociaż patrolowane. W ciemności nie było widać ani go, ani nikogo innego. Powoli zaczął posuwać się do przodu w ciemności próbując dostrzec napastników.
Nim się zorientował, ktoś przyłożył mu rękę do twarzy i zaczął ciągnąc do tyłu. Katrine wyłoniła się natychmiast z cienia i pistoletem uderzyła mężczyznę trzymającego mulata w głowę. Ten upadł nieprzytomny na ziemię. Chłopak oparł się o ścianę łapiąc oddech, a kobieta złapała go za rękę ciągnąc do skrzydła z zasilaniem.
- A teraz trzymaj się mnie błagam… I patrz czy ktoś nie idzie – mruknęła Black i zaczęła wchodzić po schodach.
Po chwili zobaczyła skrzynkę z zasilaniem. Mieli tylko chwilę. Musieli wyłączyć ją i uciekać jak najszybciej, gdyż był to ślepy zaułek, a na pewno ktoś by się tam pojawił, by sprawdzić stan osprzętowania.
Liam i Drew już czekali na swoich pozycjach przed bazą. Laptop został w samochodzie, już nie ułatwiając pracy grupie odwetowej.
Marlock złapał za pistolet i odbezpieczył go, po czym dotknął ucha.
- Katrine. Dawaj – powiedział, a kobieta wyłączając wszystkie kontrolki, pozbawiła bazy Madison prądu. Słychać było tylko głośne rozmowy z niższych pięter, jakieś zdezorientowane krzyki co świadczyło, że nikt nie wiedział co się dzieje. To był ten czas.

W jednym momencie Zayn i Katrine zaczęli biec do innego skrzydła uciekając przed bandą rozwścieczonych brakiem prądu mężczyzn, a Liam i Drew swobodnie przekroczyli próg bazy Allen. Tak zaczęła się zabawa. 

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Rozdział 20

Odliczamy. Niedużo zostało. 

***

Trzask pistoletu i opadający nabój na ziemie. To było głuche. Dźwięk rozniósł się po całym pomieszczeniu odbijając od ścian i znowu wracając do uszu chłopaka, jakby nigdy nic.
Kolejny strzał, kolejny nabój na ziemi. Nie słychać upadku ciała. Tylko ten nabój. 
Pociągnięcie za spust i nic. Tylko cisza. Brak naboi w magazynku.
Jeszcze jeden dźwięk. Kropla spadająca na skórę pod powieką. Wydawałoby się, że tego nie da się usłyszeć, a był to jednak najwyraźniejszy odgłos w całej tej serii, które rozbrzmiały. Głośniejszy niż krzyk. Jakby ktoś uderzał młotem o betonową ścianę lub młotkiem rzucił w szybę, która rozpadła się na tysiąc kawałków. Po chwili tylko kroki, cichy szept.
- Przestań się tutaj ukrywać – Drew oparł się o ścianę i spojrzał na bladą, zapłakaną twarz młodego detektywa. – Od kiedy tak zmiękłeś. Miałem wrażenie, że jesteś trochę bardziej twardy. Zawodzisz mnie, Payne – pokręcił głową chłopak i odbił się biodrami od betonowego muru. Przechodząc obok, ramieniem popchał drugiego, kątem oka obserwując jego reakcje. Żadna. Zaczęło go to naprawdę irytować.
- Przestań ty też. Myślisz, że zdziałasz coś popychając mnie swoim chuderlawym ciałkiem? – Odburknął mu drugi rzucając pistolet na stolik obok i prostując ręce. – Nie zmiękłem. Za dużo ostatnio myślę to tyle.
- Powinien zabrać się za robotę, a nie strzelać do pierdolonej ściany i beczeć jak baba. Już wiemy wszyscy, przestań się łudzić, że ona przeżyje.
- Wiesz, co? Straszne jest to, że nie mamy kasy na cokolwiek, a tobie w głowie jest tylko zabicie Madison. Od początku tylko o to ci chodzi, w dupie masz mój cel. Zacznij patrzeć trochę dalej niż czubek swojego nosa Marlock.  – Patrzył na niego zły, bo emocje, jakie wywołała w nim wypowiedz bruneta, były nie do ujarzmienia. Odsuwał od siebie wszystkie pesymistyczne myśli, a raczej te, które prowadziły do śmierci jego ukochanej, co było wielce prawdopodobne. On jednak wypierał to, nie mógł znieść nawet przelotnego twierdzenia, że może ona właśnie teraz stracić życie.
- Najeżyłeś się – przewrócił oczami. – Bądź odpowiedzialny za nią w takim razie i idź na komisariat i postrzelaj. Tak jak tu… Tylko będzie więcej krwi niż skrawków tektury.
Nastała głucha cisza ponownie. Marlock wiedział, co siedzi w głowie Liama i to bardzo dobrze. On bał się po prostu zabijać. To nie była cecha ujemna, jednak w takiej sytuacji nerwowość bruneta rosła ze wzmożoną siłą. On sam nie za bardzo miał ochotę brudzić sobie ręce w szczególności, że tak, Liam miał racje. Był niebywałym egoistą, który czekał tylko na to, by własnoręcznie udusić Allen i oddać jej cały ból, jaki mu sprawiła niszcząc jego serce wraz z głębokimi uczuciami, które no niej żywił.
Patrzyli tak na siebie oboje próbując odczytać intencje drugiego. Liam czuł bardzo mocno niechęć Drew do jego osoby spowodowaną jak to nazwał „mięczactwem”. Trochę się nie dziwił, bo sam czul obrzydzenie, gdy patrzył w lustro, ale było to dość osobliwe poczucie nienawiści do swojego odbicia. Śmierci, które zostały wykonane przez niego nie były warte nic. Nawet ulepszenia świata. Levi był tym, który się na to zgodził a Liam dalej odczułam niekończący się ból przy wspominaniu rozlewającej sie plamy krwi na dywanie hotelowym. Niesamowitym było to jak wryło u się w mózg każde słowo, które powiedział wtedy chłopak. Wtedy to było bardzo niewinne. Teraz jak o tym myślał w ogóle nie czuł ze to mu pomogło, raczej bardziej dobijało. Nie spełnił nawet jego prośby. Stał się pośmiewiskiem dla samego siebie, bo poświęcił przyjaciela po to by jego ukochana także zginęła.
Drew za to przyglądając się Liamowi nie mógł zrozumieć jego zagubionej twarzy. Tak bardzo chciał go obudzić ze złość spowodowana sfrustrowaniem zaczęła przewyższać sympatie, którą do niego czuł. W trudnych chwilach często miało to miejsce, ale czemu, nikt nie wie.
- Nikt nie będzie nic zabijał… W sensie ja będę, ale wy nie – Zayn zbiegł na dół po schodach z dwoma kubkami kawy i postawił im je na stole. – Mnie to już i tak piekło wsiąknie, więc jedna czy druga śmierć… To nic – wzruszył ramionami lekko, na co Payne po prostu nie mógł przystać. Podszedł do niego i popchnął go na ścianę mocno.
- Czy ciebie już do reszty pojebało? – Warknął. Był wściekły, cały raczej zmartwiony, jeżeli chcemy znać powód jego wybuchu. – Nie będziesz nigdzie szedł, nie jesteśmy mordercami.
- Nie stary. Ty nie jesteś. Ja tak… - Zayn zaparł się i dął dłonie na ramiona Liama, by ten nie przyciskał go do ściany aż tak mocno. Barki wbijały się w beton, co sprawiało ogromny dyskomfort. Czuł, jak jego skóra zaczyna piec przez starcie się i dotknięcie materiału bawełnianej koszulki.
- Nie pierdol – odburknął znowu i wziął jego ręce odsuwając się gwałtownie. – Nie możemy się bardziej wkopać.
- Kto u jest egoista Liam – Drew miał już zamiar iść do góry zostawiając ten komentarz w piwnicy, ale warknięcie ciemnego blondyna zatrzymało go i wymalowało bezczelny uśmiech na ustach. – Masz emocje inne niż bycie pizdeczką. Gratulacje.
- Zamknij już mordę Marlock. O co ci znowu chodzi – teraz rusyzm w stronę mulata, ale ten zaśmiał się głośno.
- O to, że Zayn może robić, co chce, splami swój Honorek, a ty i tak myślisz tylko o tym, by nie mieć problemów. Nie interesuje cie to czy cos mu się stanie, tylko jakąś pieprzona reputacja ci w głowie? I tak jesteś gównem w tym kraju i jesteś skończony. Daj na luz i zacznij organizować pieniądze, bo twoja laska długo nie przeżyje, jak będziesz tak beczeć. – Fuknął i poszedł zostawiając dwóch przyjaciół. Nie mógł ich już słuchać i z czystą premedytacją i przyjemnością wyrzucił obraźliwe słowa w stronę Payne’a.
- Jestem egoistą hm? – Uniósł brwi Alim na Zayna, a ten nawet nie wiedział, co mam mu odpowiedzieć.
- Wolisz szczerze czy…
- Już rozumiem, dobra… - przewrócił oczami i wziął kawę zaczynając ją pić – Fuj, kto to robił – wyciągnął, jednak od razu odłożył kubek. – Smakuje jak gówno.
- Miało tak smakować dosypałem soli – wzruszył ramionami Zayn i pociągnął chłopaka za koszulkę do góry. – Musimy opracować jakiś plan.
- Plan na dziś to siebie nie zabić, albo może was nie zabić. Ja mogę żyć.
- Przestań już być takim śmieszkiem, bo rzygać się chce stary – westchnął cicho Malik i poszedł w stronę biura, a następnie usiadł na swoim krześle. – Ja tam pójdę. Ja zorganizuje o wszystko, zdobędę akta i załatwię komendanta.
- nie będziesz plamił sobie rak przeze mnie Zayn rozumiesz? – Liam westchnął głośno i przysiadł obok przyjaciela patrząc na niego błagalnie. – Nie chce z tym nic rozbić. Nie możemy zabić nikogo prócz niej.
- Słuchaj, tak, on mnie nigdy nie lubił, nie możemy wstawić Lily na próbę, a raczej jej życia rozumiesz? I tak już ono wisi na włosku, jeden ruch i po niej.
- Ja wiem Zayn, ale… zrozum nie chce by ktokolwiek ucierpiał…
Nastała okropna cisza miedzy nimi. Kolejna już tego dnia. Zayn już dawno nie był taki zdeterminowany. Kolejne zabójstwo, jakie miał wykonać, to nie był plan doskonały, ale zdecydowanie lepszy niż to by potem sumienie zżerało jego najbliższego przyjaciela. Wolał poświęcić kawałek swojej duszy niż dać możliwość załamania się Liamowi przez to ze znowu skrzywdził niczemu niewinną istotę.
- Komendant i tak nigdy mnie nie lubił – stwierdził mulat i oparł tył głowy o fotel zaczynając się delikatnie kręcić, odpychając się nogami. Nie mówili nic do póki młodszy nie wstał i nie zaczął chodzić nerwowo po pokoju.
- Słuchaj nie możemy zrobić jakiegoś przekrętu, może jakoś się dogadamy ja..
- Kiedy chodziło o zabicie Stevena nie miałeś takich pomysłów – powiedział uszczypliwie, na co Payne po prostu zamilkł i usiadł znowu trochę załamany.
- Touche - mruknął jasny brunet i przetarł twarz dłońmi. – W takim razie ja nie wiem… Zastanawiam się czy po prostu nie zacząć działać. To trwa już za długo. To się nigdy nie skończy, jeżeli tak będziemy jej usługiwać.
- Stary nie mamy nic, nawet broni. Wszystko poszło się jebacy przy ostatnim ataku. A ludzi też nie mamy…
- Pójdziemy sami… jakoś damy rade, musimy dać – Payne wyszedł i skierował się na gore. Przygotował tablice na flamastry i zwołał wszystkich. Chciał uzgodnić plan działania. Nie mogli już siedzieć bezczynnie, to mijało się z celem.

Czas akcji był ważny. To miała być noc, ponieważ pod jej osłoną wszystko było trochę łatwiejsze. Wtedy też byłby mniejszy problem z policją, cisza sprzyjała dobrym sytuacją.
Pod osłoną gwiazd mieli wtargnąć do bazy madison i po cichu przemknąć prze kolejne pomieszczenia – Zayn z Katrine od góry, przez wejście na dach mieli wyłączyć całe zasilanie, Tom od tylnego wejścia musiał przemknąć do kabiny monitoringu i także go dezaktywować. Drew mieli przebyć drogę prowadzącą do Madison i ja czymś zająć, ja to powiedział najlepiej sobą, za to Liam miał pierwszy dostać się do dobrze chronionej Lily, która zapewne nie miała żadnej szansy sama się wydostać.
Cały budynek był świetnie strzeżony szczególnie od czasu, gdy plan madison został ujawniony. Wiedzieli, że się ich spodziewają. Nie było także sekretem ze prawdopodobnie może być na nich zastawiona pułapka. Lily w najlepszym wypadku jest strzeżona, w najgorszym po prostu już nie żyje.

Załadowali wszystko, co mieli. Czas akcji wyznaczyli na 19 stycznia o godzinie 00:00. To był zapalnik.
Broń, która zgromadzili mogła wystarczyć tylko na parędziesiąt minut. Każdy dostał pistolet z tłumikiem. Najważniejsi byli Zayn, Katrine i Tom, którzy musieli całą akcje przeprowadzić „na cicho”, co nie było łatwe. Drew skombinował skąd ostatnie dobre stroje, Zayn niewiadomo skąd także znalazł duże pudło naboi, apteczkę, którą miała mieć matka dziewczyny. Całe wyposażenie było znikome, ale jakieś.

Ostatnim pytaniem było jednak, jak uspokoić policje. To chyba najbardziej zajmowało głowę Liama. W sieci brytyjskiej policji panowała wrzawa przez zabójstwo Stevena, który dowodził całą akcją poszukiwań Liama i powstrzymywał ja jak tylko mógł. Od razu po pozbyciu się go wszystko nabrało tempa jakby nigdy nic, jakby przyjaciel Payne’a hamował cały rozwój na tyle sprytnie ze nikt nie orientował się, że coś jest nie tak jak trzeba.



18 stycznia godzina 21:23
Do wiadomości dołączono plik mms

Na ekranie telefonu pojawiło się zdjęcie, straszna fotografia. Cienie blond włosy były delikatni brązowe na końcach od zaschniętej krwi. Buzia miała liczne siniaki, jej ciało było wiotkie jakby już nie żyła. Leżała na białym łóżku, na tym samym, na którym madison kazała ją położyć, gdy ta straciła dziecko.
Znowu wyglądała jakby próbowała uciec. Znowu dostała kare za niesubordynacje wywołaną falą emocji przez zobaczenie ukochanych sobie ludzi. Stała się ofiarą kolejnego planu. Kolejnej prowokacji i profanacji.

Czas tyka. Gdzie moje akta kochani.

Głosiła tylko wiadomość.

Dłonie Liama pociły się, gdy trzymał telefon Nie mógł już więcej wytrzymać. W chwili, gdy Katrine dokończyła mu zapinać kamizelkę kuloodporną rzucił telefonem w ścianę z groźnym rykiem. W jego oczach pojawił się ogień, wściekłość i każda inna emocja opisująca negatywne odczucia. Musiał wyjść, chciał ją zabić.
Dla niego w tamtym momencie miara się przebrała.
- Jednostka 2 zgłoś się – powiedział Drew, gdy patrzył na Payne’a. Przy ustach miał mikrofon. Miał w ten sposób zwrócić jego uwagę by przestał się szamotać i zaczął myśleć trzeźwo. – Jednostka 2 zgłoś się. To próba – powtórzył dobitnie.

- Tu jednostka 2… Odbiór – powiedział i wyszedł z pokoju by ustawić się na korytarzu gdzie cała reszta była już ubrana. Po chwili dołączyła do nich Katrine i razem mieli wsiąść do auta. Gdy wybiła godzina 22:00 zamykając za sobą drzwi do bazy wyszli, nie wiedząc, co ich czeka. 

Rozdział 19

Nowy rozdział! Zapraszam. Za zwłoke nie przepraszam ;) Benefit aka kolejny rozdzial do godziny się pojawi.

***
- Nie powinieneś tego robić, nie musiałeś – z ust Liama wydobył się cichy dźwięk, który Zayn chciał zignorować i tylko skrzywił się nieznacznie. Jego ubranie było poszarpane, jakby walczył z kimś zaciekle. Delikatnie poplamione czerwona krwią, która wysuszyła się podczas podróży z mieszkania mężczyzny do bazy, którą zajmowali. Noc była zimna, więc szybko poszło. Drogi były delikatnie zaśnieżone przez prószący śnieg, który po wschodzie słońca szybko topniał, gdyż temperatura podnosiła się przekraczając próg zeru stopni.  Zayn by cichy, nic nie mówił i po prostu zaczął wrzucać rzeczy do palącego się kominka, w którym rozniecił ogień parę minut wcześniej. Liam złapał go za nagie ramiona i obrócił do siebie delikatnie lustrując ciało. Był nawet niezadrapany, co było dziwne, tylko jedna mała rysa na brzuchu, niewyglądająca jakby była świeża. Nie wnikał jednak gdyż zrozumiał, że Zayn sprawnie rozprawił się z niczego nieświadomym Tylerem.
O dziwno nie miał żadnych zastrzeżeń, chociaż powinien, ponieważ był to jego przyjaciel. Było już jednak za późno, ale wiedział też, że Malik zrobił to dla niego, dla odzyskania twarzy i dla cierpiącej Lily.
- Nie mów mi, co mam robić – szybko wyrwał się i zrobił to samo ze spodniami, co z koszulka a następnie zaczął iść w stronę łazienki, która znajdowała się na piętrze niżej. Wolał nie zanieczyszczać ładnej domowej armatury, którą codziennie czyściła Katrine. Robiła to by załagodzić swój stres i upchnąć go w zakamarki swojego umysłu przez prace i zajęcia.
- Nie zachowuj się jak dzieciak. Jesteśmy dorośli, oboje wiemy, co się stało i czemu się tak stało. Porozmawiaj ze mną. Nie jestem zły…
- Nie zależy mi na rozmowie Liam. Zamknij się już, idź i odpocznij. Czeka nas trudny czas – fuknął Zayn nie panując nad emocjami, które w nim wrzały i delikatnie speszył przyjaciela, co prawdę mówiąc było dla niego czystym sukcesem, gdyż ostatnio nie lubił, jak ktoś wtykał nos w nie swoje sprawy.
- Niech ci będzie – uniósł ręce jasny brunet i przeciągnął się, by nadać swojemu ciału wygląd relaksowanego. Westchnął jednak cicho, gdy mężczyzna zatrzasnął za sobą drzwi i przekręcił zamek głośno, bardzo ostentacyjnie.
- Te… Kłótnia kochanków czy cos? – Mruknął Drew z delikatnym uśmiechem, który promieniał jakimś dziwnym zadowoleniem. Było to niepokojące, bo w oczach miał takie przygnębienie, że nie sposób było nie poczuć płynącego od niego chłodu. Z dużą dozą do namysłu i doszukiwania się, ale w końcu każdy zauważyłby ten matowy wzrok bez żadnej iskry w oczach.
-Chciałbyś… -rzucił mu telefon, a gdy ten zdziwiony odblokował go musiał aż podeprzeć się ściany.
- Żartujesz? Przecież… Jak? Kiedy? – Pokręcił głową z niedowierzaniem a drugi wzruszył tylko ramionami i wziął od niego komórkę chowając ja do tylnej kieszeni spodni.
- Czy ja wiem… Ktoś mnie wyręczył – burknął pod nosem, a oczy Marlocka rozszerzyły się parokrotnie. Natychmiast rzucił się do drzwi łazienki, chcąc wtargnąć tam, ale Payne chwycił go za kołnierz i wyprowadził z segmentu Malika, rzucając go na fotel w pokoju gościnnym… Gdzie gości nie było.
 - Nie waż się nic mówić rozumiesz? On nawet ze mną nie chce o tym rozmawiać, a ja wiedziałem, kiedy w nocy wychodził… - Westchnął. – Nie jestem z tego dumny, że daliśmy się jej omamić, ale może dzięki temu Lily będzie odrobinę bezpieczniejsza. Nie uważasz Drew? – Uniósł brew, a Marlock zaśmiał się głośno.
- Stary, w co ty w ogóle wierzysz… – uderzył się w czoło delikatnie i wstał na równe nogi, zbiegając do swojego pokoju. Parę sekund później wrócił do Liama. Odpalił laptopa, na którym od razu po włączeniu pojawiła się wiadomość. Była od Madison. Ona najwyraźniej szybko zorientowała się ze jednej osoby już nie ma.

Było to nagranie wideo. Kobieta była jak zwykle piękna, delikatna, a za razem silna. Jednak w jej oczach tliło się czyste zło. Siedziała na fotelu z założonymi na siebie nogami i trzymała w palcach lewej dłoni papierosa. Jej czerwona sukienka spływała aż do samej ziemi, a pasujące kolorem szpilki wyłaniały się zza falban ubrania. Dym delikatnie unosił się do góry, a na jej twarzy malował się spokojny przyjazny uśmiech.
- Szybko. Jestem z ciebie taka dumna Liam… - powiedziałam delikatnie otrzepując popiół z końcówki fajki. – Jesteś taki lojalny, poświęcasz tak wielu przyjaciół dla miłości. Ja wiem… Ona boli, ale obiecuje, jeszcze tylko odrobinkę – zapewniała melancholijnym głosem.
- Czego ona do cholery chce – warknął Marlock, jakby przeczuwając najgorsze. Przejechał na pasek odtwarzania sprawdzając długość nagrania, byli w połowie.
- Powiem tak. Jednego gracza mamy z głowy, ale nie nie… To nie wszystko. – Uśmiechnęła się rzucając niedopałek na ziemię, wstając i pewnym krokiem, z gracją nadepnęła na niego szpilką. – Potrzebuje jeszcze odrobinę motywacji, żeby puścić waszą Lily dlatego… - uśmiechnęła się szerzej. – Mam kolejne zadanie. Zabijcie głównego komendanta policji Londyńskiej i sprowadźcie dla mnie karty ochroniarzy banku HSBC. Potrzebuje trochę zarobić, a to samo się nie zrobi. Tylko, aby było to na tyle sprawne, bym nie musiała się zanudzić czekając… - klasnęła w dłonie, a w tamtej sekundzie przeszywający krzyk wydobył się gdzieś z lewej strony. – Bo zapewnie sobie inną rozrywkę…
Nagranie się zakończyło. Nie byli znowu w stanie nic powiedzieć. Payne jedynie zamknął wściekły klapę laptopa i chwycił za pistolet.
- Zabije ją, zabije ją, kurwa zabije! – Krzyknął chcąc już wychodzić z pokoju, ale jego nadgarstek utknął w dłoni Marlocka.
- Trzeba wszystkim powiedzieć… Nigdzie nie idziesz, nigdzie nie pójdziesz w szczególności sam.
- Nie mów mi, co mam robić Drew. Ja sam wiem. Trzeba to załatwić.
- Na pewno da się jakoś wszystko obejść. Zadzwoń do komendanta, on nam pomoże z tymi kartami…
- Nie śnij. On od razu nas zamknie. Lubi mnie, ale nie zniesie wiadomości, że chce jego pozwolenie na napaść na bank. Jest tam wielka kupa forsy. Pomyśl. Bez niego nie damy rady, a i tak mamy go zabić… Już wole zabić jego niż dać jej te karty.
- Może da jakąś ulgę… Ja się postaram coś zrobić Liam obiecuje – westchnął Drew, na co drugi tylko pokiwał głową.
Na korytarzu zaczął uderzać w ściany, aby zwołać wszystkich na najniższe piętro. Nie mógł czekać, trzeba było zacząć działać.
Jego zdziwienie było wielkie, kiedy każdy opowiedział się za złamaniem prawa i za kolejnym przewinieniem, które miało spaść na nich i naliczyć kolejne lata wiezienia. Liam miał już załatwione przynajmniej dwadzieścia pięć lat od długiego czasu. Chciał im przemówić do rozsądku, żeby lepiej zostawić to, aby zająć się Madison, ale oni woleli zyskać czas. Było dla nich łatwiejsze napadniecie na bank niż zabicie jednej kobiety. Chociaż prawda była taka, że oni bali się jej, ponieważ była okrutna. Zamiast zabić, torturowała. Zamiast zaprzestać, coraz bardziej stawała się dzika i nie do zatrzymania. I prawda też była taka, że woleli dać Lily jeszcze trochę czasu, ponieważ byli świadomi, że jeżeli będą chcieli ją odbić ona ją zabije, od razu jak dowie się, że są blisko. Myśleli więcej o niej, niż Liam, chociaż ten i tak myślał o niej już cały czas. Po prostu chciał dogodzić wszystkim, a to był czas wyrzeczeń. Wielu wyrzeczeń.

sobota, 15 kwietnia 2017

Rozdział 18

Dziękuje tym co tu jeszcze są xx



***



„Chyba nie chcesz żeby zginęła tak jak wasze dziecko” – w głowie Liama rozbrzmiewały te słowa, niczym azjatycki gong, w który ktoś uderzył z całej siły. Dudnienie w uszach nie dawało spokoju mężczyźnie, który nie potrafił wytrzymać kolejnej godziny patrząc w sufit. Po tej rozmowie myśli zajęły jego umyśl w tak agresywny sposób, że próba zwrócenia uwagi na cokolwiek, co nie przypominało mu o iście złej sytuacji, było niemożliwe.
Jego dłonie trzęsły się na wspomnienie wychudłej twarzyczki jego ukochanej. Nie potrafił wytłumaczyć sobie, dlaczego akurat jego życie aż tak nienawidziło, dlaczego on musiał przechodzić takie katusze, chociaż później zdawał sobie sprawę, jak bardzo tragiczne są jego wnioski skoro to nie on cierpi tylko Black.
Śmierć dziecka zakomunikowana przez Madison nie budziła wątpliwości, że w tej kobiecie nie było za grosz czułości i jakichkolwiek uczuć. To było niesamowite jak wielka determinacja wypełniała Allen, żeby nie tylko skrzywdzić dorosłego człowieka, ale także dziecko, które miało dopiero przyjść na świat. Chłopak po całej sytuacji zdał sobie sprawę, że musiało być to jakiś czas temu, wiec nie miał nawet okazji zobaczyć, jak brzuszek Lily zaokrągla się pod koszulką.
Pokręcił głową i westchnął cicho przecierając buzie. Co chwile ktoś pukał do jego drzwi. Najczęściej był to Zayn, który także zdruzgotany, nie mógł dość do siebie, po tym jak zobaczył, co znowu narobił. Wyglądała gorzej niż wtedy, gdy widział ja ostatni raz. Takiej diametralnej zmiany nie spodziewał się po tak krótkim czasie, lecz kto wie. Dni mijały bardzo szybko. Żadne z obecnych w tamtym domu osób, nie mogła określić, w jakim czasie Lily została tak poturbowana.
Mama dziewczyny była pierwszą osobą, która została wpuszczona do pokoju Payne’a około godziny dziesiątej wieczorem.
Usiadła na łóżku delikatnie, a materac ugiął się pod jej niedużym ciężarem. Spojrzała na chłopaka, który leżał płasko na łóżku z rekami na brzuchu. Był blady jakby był trupem, leżał, jakby był w trumnie. Nie wampir, lecz zombie. Nie zombie, lecz umarły.
Katrine także nie pojmowała okrucieństwa, jakie spotkało jej córkę. Było to po niej widać, chociaż czuły wzrok, którym okalała sylwetkę Payne, nie sprawiał wrażenia jakby przejmowała się samą córką. Objęła ciało chłopaka, który natychmiast zrobił to samo delikatnie się rozluźniając.
Mieli ciekawą relacje. Liam pojmował to jako coś niezwykłego, ponieważ pani Black zajmowała się nim jak synem, jakby była jego matką, czego chłopak nie zaznał od dawna. Za to Katrine ze spokojnie przyjmowała do wiadomości, że oto Liam stał się jej przyszywanym synem w bardzo krótkim czasie. Była to sytuacja piękna a za razem smutna, bardzo smutna. Piękna, bo to się stało, a smutna, że w takich okolicznościach. Gdyby nie tragedia, która obejmowała wszystkich wokół, nie pozwalając na racjonalne myślenie, może by się nawet nie poznali.
- Musisz się wziąć w garść Liam – powiedziała kobieta odgarniając jego włosy, które dawno nieobcinane opadały na czoło bardzo niechlujnie. – Musisz zjeść, przebrać się i iść spać.
- Nie zasnę Katrine – skomentował Payne, który zdecydowanie nie zamierzał zamykać oczu, ponieważ wtedy przypominał sobie najgorsze i był świadom, że jeżeli zaśnie obudzi się po pięciu minutach cały zalany potem i może do tego płaczący.
- Musisz spać, dobrze o tym wiesz. Mamy dużo decyzji do podjęcia, czy tego chcesz czy nie. Moja córka nie będzie czekać Liam, musisz sobie to uświadomić, bo zaraz będzie za późno.
- Nie mogę zabić Stevena – westchnął cicho i pokręcił głową, nakładając sobie na twarz poduszkę, by nie patrzeć na surowe, a jednocześnie cieple spojrzenie kobiety. Mięknął przy tym, a chciał być tym twardym w tej sytuacji, nie ważne jak ciężko miałoby być.
- Musisz wybrać mniejsze zło… Steven na pewno będzie wiedział, co zrobić, musisz uwierzyć w niego i w jego dobrą dusze. Już i tak dużo poświęcił pamiętaj – dłoń brunetki przejechała po ręce młodego dorosłego.
Podniosła się powoli i skierowała się do drzwi chcąc pozostawić Liama samego. Miał zmierzyć się z ta sytuacją, nie mógł mu nikt pomoc, ponieważ to on musiał rozbić mur sam, a nie ktoś za niego.
Kiedy drzwi się zamknęły, po gorących policzkach chłopaka spłynęły pojedyncze łzy. Jedna za ukochaną, druga za przyjaciela. Ból, jaki poczuł w sercu po słowach Katrine, był nie do opisania ze względu na to, że właśnie zrozumiał jak wiele będzie musiał poświęcić, jak wiele będzie musiał wybierać, aby być szczęśliwym, albo chociaż sprawić, że kobieta, która została niewinnie osadzona przez nieuprawioną chorą psychicznie najprawdopodobniej dziewczynę, będzie szczęśliwa.
Musiał tez wytłumaczyć sobie tą jakże egzotyczną sytuacje, że naprawdę złamie prawo, które ostatnimi czasy nie liczyło się już całkowicie, ponieważ najważniejsza była tylko ONA.
Podczas długiego prysznica próbował tylko przypominać sobie jakieś dobre chwile ze swojego życia albo układać mowę, która przekona Stevena żeby ten dal się zabić, jednak po wielu próbach albo leciały mu łzy albo śmiał się ze swojej głupoty. Nie podobała się u ta sytuacja na tyle bardzo, że miał ochotę sam się zabić, żeby nie musieć nic robić.
Był po prostu zrezygnowany i jedyne, czego pragnął to spokój i szczęście, chociaż przez chwile.
Od długich tygodni noce bez koszmarów to by raj a uśmiech na jego twarz zdawał się być najbardziej wyczekiwaną sytuacją wszystkich ludzi wokół.
Czysty i przebrany w nowy uniform, który Drew bardzo pokochał za jego zadanie mające na celu zbliżyć wszystkich z góry i pokazać, że wszyscy są równi. Trochę to było komiczne, ale dawało odrobinę emocji rozładowujących nieprzyjemną atmosferę wokół.
Bądź co bądź Marlock okazał się nawet dobrym towarzysz, chociaż spięcia jego i Zayna bywały irytujące. Wbrew pozorom on tez bardzo żałował biednej Lily i biednej Katrine, bo porównując go do byłej dziewczyny był aniołem pełny miłości i czułości dla rasy ludzkiej i każdej innej.
Noc i sen zbliżały się nieubłaganie, tak jak Liam nie chciał tego. Miał nadzieje ze ktoś uratuje go przed snem, ale nie miał wyboru, ponieważ nie zapowiadało się na jakieś wielkie odwiedziny, gdyż każdy siedział u siebie rozmyślając co tu zrobić.
Chłopak wszedł powoli pod aksamitną kołdrę, która otuliła jego umięśnione zmęczone ciało. Poduszka była delikatnie brudna od jego nocnych łez i potu, pożółkła w miejscach spadających kropel z jego ciała oraz pełna jakiś plam czy to krwi czy to jakiegoś smaru nawet. Payne, chociaż pracowity teraz nie przejmował się brudna pościelą. Liczył się tylko odpoczynek, którego mu brakowało a tej nocy na pewno nie czekało go zbawienie.
Ciche kroki zatrzasnęły chłopakiem, kiedy już miał zamykać oczy. Zamiast racjonalnie zastanowić się nad tym co robi chwycił za bron i wycelował ja w drzwi. Dopiero kiedy osoba zapukała, zdał sobie sprawę, że to kameralne i zwykle odwiedziny jednego z tymczasowych współlokatorów.
- Proszę – powiedział dosyć głośno, ale nie krzycząc, gdyż obudzenie całego kompleksu równało się z bezgraniczną wściekłością i poirytowaniem przez następne parę dni.
Do pokoju wszedł szczupły Zayn. Po jego twarzy widać było, że przebył dosyć upiorną drogę przez ciężki wieczór. Nic nie mówiąc wziął krzesło, które stało przy biurku Liama i usiadł przy jego łóżku, biorąc pistolet trzymany w rekach przyjaciela i odkładając go.
- Wiem ze mnie nienawidzisz, ale musisz niestety zatrzymać to na razie dla siebie – powiedział spokojnie mulat, uśmiechając się smutno i oparł stopy o łóżko chłopaka. – Musisz mi powiedzieć, co powiesz Stevenowi…
- Nie nienawidzę cie – powiedział Liam impulsywnie jakby to było najnormalniejsze na świecie. Kiedy dopiero zorientował się, że wybaczył nieświadomie Zaynowi westchnął, ale nie smutno, ponieważ to był jego przyjaciel. Westchnął, bo tęsknił za nie nienawidzeniem chłopaka. Samoistne wybaczenie było zdecydowanie bardziej przyjemne niż te wymuszone. Było po prostu naturalne. – Ale nie wiem, co mam zrobić… - szepnął i pokręcił głową. – Zayn ja go nie zabije przecież dobrze o tym wiesz.
- Wiem… Bo to twój przyjaciel i wiem też, że drugi raz nikogo nie zabijesz… Nikogo niewinnego – Malik bym nad wyraz spokojny, melancholijny jakby się upił nawet, jedna jego oczy były zbyt szczere i błyszczące od świadomości jaka w nim drzemała.
- No tak, właśnie tak… - kiwnął głową Payne patrząc na Malika, który wydał mu się tak dziwny, że nie umiał określić, w jakim stopniu nie jest sobą tej nocy.
- Dlatego ja… Ja to zrobię Liam – powiedział pewnie Zayn, na co chłopak totalnie zaskoczony pokręcił głową. – Nie przyjmuje odmowy. On mnie nie lubi, jak tez go nie lubię. Zabicie kolejnej osoby to dla mnie pestka, nie poczuje tego nawet.
- Ale zrobisz to bez jego świadomości? Nie zgadzam się on musi wiedzieć!
- Ciszej no… Nie mam ochoty mieć znowu na karku oddechu Drew, który nie jest zadowolony ze tutaj jestem – skarcił Liama Zayn. – Ja to zrobię, ale ty nie będziesz wiedział jak. I ja nie oczekuje od ciebie jakiegokolwiek pozwolenia czy coś. To moja decyzja i tylko moja. To moje konsekwencje.
- Nie możesz… - chciał protestować, ale drugi podniósł rękę.
- Nie, ja mogę. Ty nie możesz mi nic powiedzieć. – Wstał. – To zależy tylko ode mnie. A teraz spij. Jesteś zmęczony. Rano jest trening o dziewiątej, lepiej żebyś był, bo twoja laseczka na ciebie a ty miękniesz z każdym dniem. Weź się w garść chłopie – słowa Malika przybrały jakby na sile, ale nie opuścił ich melancholijny pogłos oraz miękkość przekazu a raczej czułość, którą tak wyrażał mulat w stronę Liama.
Wyszedł wiec zostawiając ciemnego blondyna w osłupieniu. Przez to właśnie chłopak zasnął szybko, ponieważ w jego głowie panowała taka pustka, ze już o niczym nie myślał tylko o słowach Zayna, które wyczyściły wszystkie myśli zaprzątające od wielu dni jego głowę.


Dźwięk dzwonka telefonu obudził Liama. Zdziwiony, nie poznając dźwięku budzika tylko smsa, wziął do reki telefon i przetarł oczy. Do budzika pozostało około piętnaście minut. Zobaczył ikonkę wiadomości i przeciągnął się siadając i opierając o ścianę, przy której stało pojedyncze łóżko. Odblokował telefon i otworzył wiadomość.
Przez chwile myślał, że to żart. Dostał wiadomość od Stevena, z jego prywatnego numeru, który o dziwo miał zapisany. Nie kontaktowali się przez rozpowszechnione numery, więc to już zaniepokoiło chłopaka. Kiedy jego wzrok przeszedł na treść wiadomości zamarł, a potem zdął sobie sprawę jak bardzo Zayn wziął sobie do serca szybkość wykonania nadanego sobie zadania.
Steven nie żył, został zamordowany w nocy, we własnym domu. Wiadomość wysłana przez narzeczoną. Sms, który rozwiał wątpliwości Liama ze ma możliwości wyboru. Nie miał już jej. Teraz musiał uratować Lily, nawet jeżeli miał strącić najbliższych, ponieważ przyjaciel splamił sobie dłonie krwią, tylko dla czystości jego własnej duszy. Musiał zburzyć mur dobroci. Musiał przestać wybierać.