czwartek, 29 czerwca 2017

Rozdział 21

End is near

***

Czarnym autem zatrzymali się niedaleko kwatery głównej, którą wskazał Drew. Podmieniona już zawczasu rejestracja, nie wyróżniała się pośród innych okolicznych samochodów. Apteka przy której zaparkowali, była już zamknięta, gdyż godzina była na tyle późna, że żadna żywa i rozsądna dusza nie opuszczała już swojego lokum.
Było to dosyć irracjonalne, że zwykli ludzie, cywile, niczego nieświadomi mieszkali tak blisko grupy, która mogła ich zabić w każdej chwili. Pozbawić ich wszystkich oszczędności albo po prostu zastraszyć w taki sposób, że z własnej woli oddadzą całe dobro, które zgromadzili przez nędzny czas egzystowania na kuli ziemskiej. Nie czuli strachu, bo nie wiedzieli, że mają go czuć, wiec żyli spokojnie, dopóki strzały z pistoletu nie miały ich obudzić w środku nocy, albo cień nad ich łóżkiem nie miał szeptać ostatnich słow, które usłyszą. Byli spokojni, bo byli nieświadomi.
Antyterroryzm funkcjonujący w dzisiejszym świecie jest na tyle ubogi, że kiedy robi się naprawdę gorąco rządy umywają ręce. Cała akcja i cała sytuacja z mafią Drew i sama Madison stała się na tyle niebezpieczna, że lepiej było zostawić ją w spokoju niż spacyfikować. To był jeden z powodów, dla których Liam nie lubił policji. Na samym początku pałał wielką miłością do swojej pracy i dalej tak było, nawet nadmieniając, że już jej nie miał. Jednak aspektem który nie podobał mu się nigdy, był właśnie ten, że jak w każdej instytucji robi się wszystko, by tylko uratować własny tyłek.
Kiedy Liam Payne dokładnie sprawdzał, czy jego kamizelka jest zapięta, przypomniał sobie niektóre ze swoich trudniejszych zadań. Jako młody człowiek był podekscytowany życiem, pracą, zdobywaniem doświadczenia oraz po prostu możliwością rozwikłania tajemnicy. Zawsze był ciekawski. Dom dziecka i podłoże wspomnień jakie gdzieś w środku szargały jego nerwy, nigdy nie odebrały mu werwy i pasji jaką w sobie miał. Tym razem było jednak trochę inaczej.
Liam był przekonany do tego, że tej nocy straci kogoś, może raczej coś. Nie był pewny, czy to będzie jego życie czy bliska osoba, ale był pewny, że część jego świata zostanie zniszczona w bardzo agresywnym i szybkim tempie.
Zayn kiwnął głową na znak tego by wszyscy wyszli z samochodu. Jak w zegarku cala grupa zamknęła za sobą drzwi do pojazdu. Na twarz nałożyli maski tylko po to, aby nie zaskoczył ich jakiś gaz albo dym łzawiący. Musieli być gotowi na wszystko, gdyż Madison była mądra, a zwlekanie z dostarczeniem akt, sugerowało jednoznaczne niezgodzenie się z jej zadaniem i niesubordynację.
Każdy z nich miał bardzo ciężki oddech. Każdy się bał, ponieważ miała to być walka na śmierć i życie. Chcieli się szybko rozprawić z grupą, jednak spodziewali się, że ci na nich czekają albo chociaż są w gotowości do obrony. To było zbyt oczywiste. Może nawet szli tam tylko po to, by zobaczyć martwe ciało blondynki. Jednak nikt z nich nie chciał spocząć dopóki cala sytuacja nie zostanie rozwiązana. Śmierć Madison była także głównym celem, nie tylko dla Drew i Malika, ale także dla całej ludzkości która nie powinna mieć do czynienia z tą kobietą. Wydawało się to błahe, że młoda dziewczyna może tyle namieszać w życiu nie tylko politycznym jak i finansowym, ale także może rozsiać taki strach, że najsilniejsi mafijni żołnierze padali jej do stóp, albo chociaż byli posłuszni.
Drew sądził, że ona miała po prostu iskrę władcy. Trochę zaczerpniętą z jej ojca, trochę z despotycznej matki. Miał jednak nadzieje, kiedy jeszcze byli młodsi, że syndrom dyktatury ominie ją. Nadzieja jednak została stłumiona, kiedy jego ukochana zaczęła przejmować powoli każdy szczebel w hierarchii mafii, aż dotarła do Drew, którego chciała wyeliminować, nawet jeżeli pałała do niego miłością. Tego nie był już pewien, czy w tym wszystkim było chociaż trochę uczucia czy sama rządza władzy.
- Słuchajcie. Macie wszyscy słuchawki w uszach, nie mówcie głośno, szepczcie jak najciszej. Będę was instruował - mówił Drew spokojnie stojąc dalej przy aucie.  – Wkroczę dopiero wtedy, kiedy całe zasilanie będzie wyłączone. Pamiętaj Tom. Kamery maja osobne zasilanie, prawdopodobnie są sterowane automatycznie, jednak jest także pokój monitoringu z którego można włączać i wyłączać cały system. Zayn, opiekuj się Katrine, bo ja nie to ja cie zabije zgoda? – spojrzał na mulata, a ten kiwnął głową poważnie. Wiedział, że nie czas na żarty i nawet jeżeli Drew chciał tak rozładować atmosferę, nie udało mu się to, szczególnie w takiej sytuacji.  – Liam. Ty idziesz na drugą stronę budynku. Będziemy naprzeciw siebie, jednak będzie dzielić nas cała baza. Lily prawdopodobnie znajduje się w piwnicy, w której jest oddział lekarki oraz normalne betonowe pomieszczenia. Nie sugeruj się światłem. Idź za głosem. Czasami bywa tak, że ukrywają się w ciemnościach w bazie różni ochroniarze. Miej oczy otwarte. A i noktowizor – rzucił mu sprzęt, po czym odwrócił się w stronę ulicy, która prostopadle przecinała aleję, przy której znajdowała się baza.
- Drew. Jak ją spotkasz powiedz jej, że na jej pogrzebie nie będzie nikogo, nawet księdza – powiedział Liam kładąc rękę na ramieniu Drew. – zapłaci za to, że krzywdziła.
- Liam, słuchaj. Szatana nie można chowa, wiec groźba z księdzem się nie sprawdzi – wzruszyl ramionami i delikatnie się uśmiechnął. Na bladej twarzy wyglądało to raczej jak bardzo wymuszona mina, ale nawet taka dodawała odrobinę otuchy wszystkim.
Na zegarku wybiła godzina 23:00. Tom, Katrine i Zayn ruszyli boczna ulicą do kamienicy sąsiadującej z bazą. Tom poszedł w drugą stronę przechodząc przez parę niepotrzebnych alei. Dostał się dzięki temu przed bramę bazy ze strony niepozornego ogrodu, w którym rosły piękne, aż dziw, kwiaty. Wszyscy włączyli słuchawki, a Drew otworzył laptopa, który ukazywał plan całego lokum.
- Dobrze. Kamery zostały skierowane właśnie na północny wschód. Musicie wyczuć czas. Tom. W trawniku są umieszczone czujniki ruchu, prawdopodobnie zostały trochę zmodyfikowane od czasu kiedy dostałem informacje bo…
- Od kogo ty dostałeś te informacje? – zdziwił się Liam przerywając chłopakowi tłumaczenie, na co ten najeżył się trochę, ale wziął oddech i spojrzał na Payne’a.
- Miałem wtyki. Trzy dni temu dostałem ten plan, Chłopak został zabity wczoraj, bo odkryli, że jest wtyką także dla policji. O nas nie wiedzieli. Także dalej… - wrócił wzrokiem do laptopa.
Paręset metrów dalej Katrine razem z Zaynem wspinali się na dach budynku po drabinie pożarowej. Skrywając się w ciemności przeszli do krawędzi dachu i spojrzeli na sąsiedni budynek.
- Dwóch ochroniarzy z pistoletami. Patrolują – powiedział Malik i wyciągnął pistolet nakładając na niego tłumik.
- Hej, hej spokojnie – mruknął Marlock i przybliżył plan budynku jeszcze bardziej. – Musisz być ostrożny, gdyż ich ciało nie może upaść zbyt głośno. Będzie to słuchać. Najlepiej zrobić to z bliska dobrze wiesz…
- Nie mamy jak do nich podejść teraz – szeptał.- Jesteśmy stosunkowo blisko, ale trudno będzie sprawić, że oboje się odwrócą…
- Ja to załatwię – powiedziała Katrine i zaczęła przemieszczać się spokojnie po dachu. Zayn złapał się prawie za głowę, ale czołgał się obok niej posłusznie. Nie wiedział co kobieta zamierza zrobić, obserwował tylko jej ciemne włosy wychodzące spoza kominiarki, którą miała na sobie.
Dłonią poszukała kamyka na tyle dużego żeby mógł wywołać hałas. Zayn już wiedział na jaką sztuczkę wpadła Black, więc podłapał pomysł. Kiedy był już w  gotowości, dał jej znak.
Kamyk poleciał gdzieś przed mężczyzn patrolujących obijając się o betonowy dach. Cichy stuk odwrócił ich uwagę tak, że ich wzrok spoczął na powierzchni, gdzie spadła mała skałka. W tamtym momencie oboje z Zaynem wstali i zakryli usta oraz nosy mężczyzn. Poddusili ich lekko, tak by stracili przytomność. Ciała delikatnie położyli przy brzegu dachu, by nie były widoczne od razu po wejściu na niego.
- Dobra… Jesteśmy – powiedziała spokojnie kobieta patrząc na swojego partnera.
- Dobrze. Katrine świetna robota. Unieruchomcie ich i przełączcie ich pagery na mój sygnał… Fala 112.7. Będę odpowiadał na ich komendy. Nie mogą się zorientować , że ktoś wtargnął na teren.
Na znak Drew zrobili to co im powiedział. Związali im ręce oraz pozbawili jakiejkolwiek broni. Wzięli wszystkie naboje do swoich ładownic i odrzucili pistolety gdzieś na drugi koniec pola dachu.
Teraz był czas Toma. Gdyby zasilanie zostało wyłączone wcześniej niż kamery, cała kwatera by zorientowała się, że cos jest nie tak. Trzeba było zrobić to bardzo subtelnie, by nikt nie wiedział, że ktoś wtargnął.
Tom wszedł na drzewo rosnące przed posesją. Miał z tego miejsca idealny widok i parabole lotu, by wylądować na trawniku. W oknach święciło się światło i było widać w nich cienie ludzi. Musiał zrobić to bardzo, bardzo cicho. Czujniki w trawie także nie mogły go dopaść, dlatego musiał czekać na sygnał partnera. Kamery cały czas ruszały się w tej samej konfiguracji. Praktycznienie nie było miejsc, których nie obejmowały, ale jak wiadomo, każdy system ma swój słaby punkt.
Mężczyzna przed laptopem zaczął przygotowywać się do wyjścia, Liam także, wiec musieli być czujni i w aspekcie przygotowań i zarządzania planem. Drew zapiął porządnie swoja kamizelkę po czym spojrzał na ekran.
- Za 30 sekund włączą się nocne zraszacze…
- Nie, błagam cie – mruknął Tom i westchnął głośno. – Wiesz, że będę cały mokry i będę zostawiał ślady?
- Nie będziesz. Zraszanie nocne jest drobne, nie bój się szybko wyschniesz – uspokoił go z dozą ironii Drew po czym spojrzał na układ kamer. – Kiedy włączą się zraszacze poczekaj 3 sekundy i skocz na czerwoną rabatkę w sensie.. tę z lewej strony… - zastanowił się chwile, gdyz z planu wynikało ze obie rabatki mają ten sam kolor. – Wtedy nie będą działać czujniki. Biegnij do drzwi naprzeciw siebie, złap się parapetu nad nimi…
- Tam jest otwarte okno, ale ktoś tam siedzi…
- Weź bombę gazową. Wrzuć ją, ona zadymi pokój bezzapachowo, ale toksycznie. Otwórz następnie okno, wejdź i pozbądź się ochroniarza. Wywietrz pokój i wyłącz kamery.
- Ile mam czasu na to sprzątanie? – Tom był bardzo zdeterminowany. Pomacał się po pasku, gdzie miał przypiętą bombę i kiwnął głowa sam do siebie, jakby upewniając się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
- 45 sekund za… 3… 2… 1… - kiedy zakończył odliczać, zraszacze wysunęły się z ziemi, nawadniając zieloną wczesnowiosenną trawę. Po kolejnych 3 sekundach Tom odbił się od pnia drzewa lądując cicho miedzy czerwonymi, wielkimi daliami. Przemknął przez ogród i stanął, chowając się za ścianą. Oddychał głośno, ale starał się unormować bicie swojego serca ze stresu i szybkiego biegu.
Wziął w dłoń bombę i łapiąc się za parapet podciągnął się na tyle, że widział ochroniarza siedzącego przy biurku. Na jego szczęście nie był zbyt skupiony, gdyż jego zajęciem było rozwiązywanie niebieskich krzyżówek. Tom wsunął rękę do pokoju i zrzucił bombę odbezpieczając ją. Puszka wywołała cichy stukot, ochroniarz zanim zdarzył wypowiedzieć słowo, zemdlał od oparów silnego gazu.
Tom otworzył okno i wśliznął się do pomieszczenia zabezpieczając wroga. Wywietrzył pokój najszybciej jak to było możliwe i dał znak, że jest na pozycji.
- Świetnie. Zayn, Katrine…
- Jesteśmy na miejscu – powiedziała kobieta patrząc na Zayna, który złapał za klapę prowadzącą do klatki schodowej budynku.
- W takim razie. Tom wyłączaj kamery teraz – jak powiedział tak się stało. Chłopak pociągnął dźwignie w dół, po czym na ekranach w pokoju monitoringu pojawiła się ciemność. Kamery zostały wyłączone. Ręczne wyłączenie nie uruchomiło alarmu, na szczęście.
Zayn i Katrine cicho zeszli po małej drabince na schody. Trzymając przy sobie pistolet Zayn przeszedł prosty korytarz i zaczął powoli schodzić dając żnąc kobiecie ręką, by ta szła za nim, jednak by także była uważna. Przeszli na niższe piętro, na którym było całkowicie ciemno, co zaniepokoiło Zayna. Wiedział, że musi przejść przez niego, by wejść na poziom gdzie był sterownik zasilania. Problemem było to, że znajdował się on w innym skrzydle na ostatnim piętrze, które na pewno było silnie strzeżone, albo chociaż patrolowane. W ciemności nie było widać ani go, ani nikogo innego. Powoli zaczął posuwać się do przodu w ciemności próbując dostrzec napastników.
Nim się zorientował, ktoś przyłożył mu rękę do twarzy i zaczął ciągnąc do tyłu. Katrine wyłoniła się natychmiast z cienia i pistoletem uderzyła mężczyznę trzymającego mulata w głowę. Ten upadł nieprzytomny na ziemię. Chłopak oparł się o ścianę łapiąc oddech, a kobieta złapała go za rękę ciągnąc do skrzydła z zasilaniem.
- A teraz trzymaj się mnie błagam… I patrz czy ktoś nie idzie – mruknęła Black i zaczęła wchodzić po schodach.
Po chwili zobaczyła skrzynkę z zasilaniem. Mieli tylko chwilę. Musieli wyłączyć ją i uciekać jak najszybciej, gdyż był to ślepy zaułek, a na pewno ktoś by się tam pojawił, by sprawdzić stan osprzętowania.
Liam i Drew już czekali na swoich pozycjach przed bazą. Laptop został w samochodzie, już nie ułatwiając pracy grupie odwetowej.
Marlock złapał za pistolet i odbezpieczył go, po czym dotknął ucha.
- Katrine. Dawaj – powiedział, a kobieta wyłączając wszystkie kontrolki, pozbawiła bazy Madison prądu. Słychać było tylko głośne rozmowy z niższych pięter, jakieś zdezorientowane krzyki co świadczyło, że nikt nie wiedział co się dzieje. To był ten czas.

W jednym momencie Zayn i Katrine zaczęli biec do innego skrzydła uciekając przed bandą rozwścieczonych brakiem prądu mężczyzn, a Liam i Drew swobodnie przekroczyli próg bazy Allen. Tak zaczęła się zabawa. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz