poniedziałek, 3 lipca 2017

Rozdział 22

Liam był gotów na walkę. Krew buzowała w nim niesamowicie. Nie wiedział czy to ze strachu, ekscytacji, tęsknoty, nawet minimalnego szczęścia, że ma szanse wreszcie uwolnić siebie i swoich przyjaciół od całej tej nienormalnej sytuacji. W końcu czuł zew wolności, jakby właśnie wchodził w strumień jej wodospadu. Chciał się poić chwilą zwycięstwa, która miała nadejść niebawem. Był tylko jeden problem. Nie można było być pewnym, że ta chwila nastąpi.
Chłopak był świadom, że Drew po drugiej stronie walczy właśnie ze sobą. Rozumiał jego uczucia tak bardzo, że nawet sam się tego nie spodziewał. Mimo tego, że kiedyś byli wrogami to fakt, że Drew był tutaj, sprzeciwiał się miłości swojego życia, nie ważne jak go skrzywdziła i wykorzystała, fakt, że pomagał ludziom sobie obcym, których znał tylko parę tygodni dzięki dziennemu trenowaniu był zadziwiający. Drew był dzięki temu bardzo honorowy według Payne’a. W środku gdzieś czuł respekt do mężczyzny tak wielki, że nie mógł opisać tego słowami. Był chyba po prostu wdzięczny, że tamten umożliwił im wszystkim scalenie się i połączenie sił w walce z Madison Allen.
Gdyby mężczyźni byli właśnie obok siebie, zapewne osłanialiby się nawzajem. Ogród w którym stal brunet był ciemny, bardzo niepozorny w świetle ulicznych latarni i gwiazd. Deptał idealnie ścięta trawę, czując się jak nastoletni chuligan, który wtargnął na posesje swoich bogatych sąsiadów, by zerwać trochę jabłek z drzew w ich sadzie. Nawet dużo nie różniło się to od prawdy, jednak obraz byłby niepokojący, gdyby nastoletni niczego nieświadomy chłopak zbliżył się do jabłoni z pistoletem w ręce, nie plastikowym, a takim, który potrafił zabić.
Drzwi do budynku były otwarte. Payne przedostał się przez nie i plecami oparł się o ścianę. Gdzieś na korytarzu było słychać rozmowy mężczyzn. Była też kobieta, ale nie była nią Madison. Najwidoczniej Allen zgromadziła w swojej drużynie także kobiety. Było to mądre posunięcie. Kobiety zabija się trudniej, gdyż jakaś cząstka tego czułego faceta, która się budziła w Liamie już w tamtej chwili podpowiadała mu, że nie powinien jej zrobić krzywdy, nawet jeżeli była wrogiem.
Przeszedł dalej wyłaniając się z zza rogu. Przemknął w dalsza cześć korytarza pozostając niezauważonym. Nie chciał robić rabanu.
Spokojnie szedł dalej, ocierając swoim rękawem kurtki prawie idealnie gładką powierzchnie ścian. Musiał przejść do klatki schodowej, która prowadziła do piwnic. To było pierwsze, najpewniejsze miejsce, które miał sprawdzić. Włączył noktowizor, bo przez ciemność nie było widać praktycznie nic, a musiał być ponad przeciętnych członków mafii.
Wokół zaczął robić się zamęt. Kroki cały czas zbliżały i oddalały się od mężczyzny, który praktycznie nie oddychał. Za każdym razem kiedy ktoś był obok niego, przytulał się do ściany. Na szczęście widział ich, jednak nie był pewne to, że oni nie widza jego.
Ludzie znikali w zakrętach biegając w te i we w te. Brak prądu utrudnił trochę sytuacje, jednak po glosach wiadomo było, że wszyscy są świadomi kogo los przywiał do bazy. Każdy mówił tylko „Drew, Payne, Malik”. Ich nazwiska pojawiały się w każdej rozmowie, którą wyłapało ucho Liama. Nie był w stanie powiadomić o tym nikogo, gdyż najmniejszy dźwięk mógł spowodować zlokalizowanie go i zatrzymanie całego planu.
Próbował odwzorować mapę, którą widział w laptopie Drew. Prawo, lewo, cały czas prosto i zakręt w prawo, który będzie prowadził do klatki schodowej. Nie byłoby problemu gdyby w budynku były jedne schody, która prowadziłyby na każde piętro. Znalezienie jej było banalnie proste. Marlock kiedy tworzył tę bazę wiedział, że nie może ułatwić pracy włamywaczom, dlatego kiedy teraz napadali na to miejsce, mógł pożałować, że jest takim dobrym strategiem. O ironio.
Wymacał prawą ręką drzwi, które były na planie. Uśmiechnął się do siebie, jednak szybko ten uśmieszek zszedł mu z ust, kiedy usłyszał kolejne kroki. Były coraz szybsze, aż w końcu wszystko  przerwał na chwile strzał. Pierwszy strzał, który padł.
Payne w uchu usłyszał tylko głośny krzyk Toma, mówiący żeby zwiewali, bo go znaleźli. Po tych słowach kompleks wypełnił się odgłosami walki, nawołaniami prawdopodobnie liderów o przegrupowaniu się i szukaniu oprawców.
Cholera. Kroki zamieniły się w bieg, nie mógł się teraz cofnąć. Za nim było także pełno ochroniarzy miedzy którymi cały czas lawirował. Szybko wszedł w korytarz jednak nie miał możliwości iść dalej.  Był to ślepy zaułek stworzony z nadciągających ludzi zza jego pleców i grupy oblegającej klatkę schodową.
Ruszył szyb kona schody, ale zanim się spostrzegł, dwa ciała wleciały na niego z ogromnym impetem wywołując dookoła trudno niezauważalny hałas.
- Co do kurwy… - mruknął, po czym poprawił noktowizor. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, że na jego ciele leży Zayn i Katrine cali spoceni. – Co wy myślicie, wstawać do cholery – burknął szybko i kiedy się podnieśli Zayn zaczął tłumaczyć, że musza uciekać.
Nie było mu jednak dane dokończyć, gdyż w tej samej chwili w całej bazie wzniósł się alarm. Światła jak szybko zgasły, tak się zapaliły i teraz nie było mowy żadnej ucieczce. Byli w potrzasku, nie mieli jak się teraz schować w cieniu. W dodatku upadek spowodował, że parę członków mafii żebrało się w sąsiednich korytarzach, by zobaczyć, co sie dzieje.
W jednej sekundzie wszyscy wyciągnęli bronie mierząc do trójki. Ci jednak nie pozostawali dłużni i także wyciągnęli pistolety.
Ważna była reakcja. Zayn strzelił pierwszy.
- Stary biegnij. Biegnij już teraz – warknął, po czym razem z Katrine opierając się o siebie plecami, strzelali do wrogów równo. Payne odbezpieczył pistolet i ruszył przez tłum pozbywając się kolejno ludzi torujących mu drogę. Dyszał ciężko uderzając rekami twarze tych, co go obeszli. Ręce jakby wyrastały nad nim i próbowały zatrzymać go łapiąc za części jego odzienia. Nokautował jednak napastników jak szybko potrafił, co było skuteczne.
Drzwi do klatki schodowej były wciąż otwarte, więc kiedy wyleciał przez nie, szarpnął mocno by zatrzasnąć je przed rozwścieczoną twarzą jednego z żołnierzy Madison, który zauważył jego szybkie przejście przez zaporę. Usłyszał tylko głuchy huk w drzwi, które zadrżały lekko. Odetchnął cicho.
Miał szczęście. Klatka schodowa była pusta, więc miał przejście. Pozostał jednak czujny schodząc coraz niżej.
- Jestem na drodze do piwnicy, odbiór – szepnął cicho, na co odpowiedzą było tylko dyszenie jego przyjaciół.
- Przechodzę na piętro kadr – wymruczał ochrypniętym głosem Drew. Chłopak strzelał nieustannie do swoich były wspólników. Dawno nie czul takiej złości.
Przechodził przez kolejne piętra pozbywając się ludzi, jakby deptał mrówki butem. Żadna nie uciekała, gdyż był tak skuteczny, jakby najpierw żebrał wszystkie te zwierzątka do kubeczka, a potem poddusił je wodą. Następnie zrzucił na ziemie i podeptał. Padała każda, nawet nie miała szansy ucieczki.
Mimo że może nie był lepszy od nich, to miał jedną przewagę. Gdy widzieli Drew przez pierwsze parę milisekund zatrzymywało ich zaskoczenie, strach i wielkie niedowierzanie. Widzieli tego Drew, swojego kompana który zdradził ich dla jakiś dziwnych ludzi współpracujących niekiedy z policją.  Prawda była taka, że Marlock pierwszy raz zrobił to co słuszne i gdyby mógł, nie zabijałby tych ludzi, tylko nauczyłby ich, że to co robili nie było dobre… przynajmniej nie powinno być dla nich dobre.
Jego dusza szefa mafii pozostała. Nie zamierzał się teraz przekwalifikować, bo i tak czekało na niego wiezienie, ale przebywanie z Liamem i Zaynem trochę dało mu do myślenia.
To była ta chwila, miał już wchodzić na piętro. Przekroczył wejście i wybiegając zza niego posłał trzy strzały w korytarz. Ciała padały jedno po drugim. W głowie Drew nawet się cieszył, ale to była tylko chwilowa iskra, gdyż musiał być cały czas skupiony. Adrenalina rozeszła się w jego ciele z zawrotną szybkością. Zwolnił trochę tempo, gdyż krew aż napłynęła mu do uszu i nic nie słyszał. Stanął we wnęce i przeładował pistolet. Pot na jego czole spływała powoli, jakby pocił się swoją własną posoką.
Odetchnął sekundę i już miał podążyć do miejsca gdzie była Madison, kiedy poczuł gorąco w swojej nodze. Podniósł wzrok, a przed nim stała jakąś kobieta, bardzo przerażona, ale z bronią w ręce. Nawet nie łapiąc się za nogę strzelił w nią i zaczął bieg.
- Kurwa mac – mruknął, kiedy patrzył na ranę. Ominął ciało kobiety, z którego krew zaczęła płynąć. Nie spudłował, trafił w samo serce. Jakby był nieomylny. Nie chciał się oglądać za siebie, gdyż to by sprawiło, że poczułby ból egzystencjalny. Nie lubił zabijać niewinnych, a ona wyglądała jakby została do tego zmuszona. Jednak były wyższe cele, trzeba to uszanować.
Świat jest przepełniony wojnami i walkami. Wolności nie zdobywa się przez rozmowy. Czasami pojawiają się niewinne ofiary, ale to była ofiara za wolność innych.

Liam jednak nie radził sobie tak dobrze, by myśleć o życiu i o tym co by chciał, a czego nie. Był w tłumie ludzi, który zebrał się w piwnicy. Strzelał ile mógł, ale naboje kończyły się zbyt szybko. Dostał już parę kul. Jego kamizelka jednak dobrze go chroniła i platoniczny ból, który tworzyły pociski szybko przechodził, ustępując racjonalnemu myśleniu, którego potrzebował Payne.
Chłopak jednak nie radził sobie, a pociski coraz bardziej zbliżały się do jego odsłoniętych części ciała. Widział jakby w zwolnionym tempie, jak naboje lecą do niego. Przed niektórymi się schylał i unikał ran. Ich momentalne ciepło muskało jego skórę nie zostawiając śladów krwi, jednak pozostawiając mentalne draśniecie. Jakby zaczął igrać ze śmiercią.
W pewnym momencie jeden z gości rzucił się na niego wyrywając mu pistolet. Przyłożył mu prosto w twarz z pięści, kątem oka widząc, jak wszyscy mierzą do niego. Było to może 5 osób, więc szybkość reakcji mogła być rożna. Było pewne jednak to, że za chwile umrze. Nie miał jak się ukryć.
W chwili kiedy padły strzały zamknął oczy i pomyślał sobie, że jest na to gotowy, prosił tylko by jakoś uratowali Lily. Miłość jego życia. Chciał, by przetrwał sens, który nadawała swoja osobą. Nie chciał niczego więcej.
I tak czekał, czekał, jakby sekundy nie płynęły, aż w końcu otworzył oczy trochę zdezorientowany. Przecież usłyszał strzały, a naboje powinny go trafić już dawno. Nie był przecież czarodziejem ani nie żył w Matrixie.
Odwrócił głowę, by ujrzeć dobrze znaną sobie twarz. Afroamerykanin, przyjaciel z dzieciństwa i ponoć już pogrzebany w grobie Steven Tyler. Jakież było jego zaskoczenie, kiedy ciało mężczyzny wcale nie było zimne i położone w trumnie, a stało dzielnie i silnie z bronią w ręce mierząc do napastników Payne’a. Wokół Tylera było jeszcze kilku policjantów ubranych w mundury antyterrorystyczne.
Wszystko zaczynało nabierać sensu.
Cale wyjście Zayna, brak jego zadrapań i ran, bardzo szybka reakcja żony. Wszyscy jednak uwierzyli. Od Liama po Madison i właśnie o to chodziło.
Payne nie spodziewał się, że w życiu spotka go sytuacja, że coś będzie rozgrywane za jego plecami nawet dla jego dobra. Teraz jednak poznał całą sytuacje i nawet nie sadził, jaki będzie szczęśliwy, że Malik tak to rozegrał. Był zrozpaczony wcześniej, to prawda, ale kiedy stał i miał już umrzeć, stary przyjaciel przyszedł mu na ratunek. Tak naprawdę to miał cholerne szczęście. Jakby był w czepku urodzony.
- Co to do cholery – spojrzał na ciemnoskórego, a on tylko szeroko uśmiechnął się pokazując białe lśniące zęby.
- Powstałem z umarłych.
- Właśnie widzę Tyler – Liam podszedł do niego i przytulił mocno. Spojrzał przez ramie przyjaciela na antyterrorystów, którzy cały czas strzelali. No tak, chwila dla miłości i przyjaźni się skończyła, kolejna fala nadciągała.
- Nie mogłem ściągnąć wszystkich oddziałów, był jakiś atak bombowy po drugiej stronie miasta, więc tym się zajęli, ale jakoś damy rade prawda? – mówiąc to wyciągnął rękę obok głowy bruneta i zabił kogoś biegnącego od drzwi do drzwi.
- Mamy trochę mało czasu…
- Wiec chodźmy – powiedział szybko i popchnął lekko Liama w stronę jedynych zamkniętych drzwi w piwnicy.

Drew z impetem wszedł do pomieszczenia. Pistolet trzymał blisko siebie, ponieważ gotowy był na brak negocjacji. Było ciemno wiec dłonią wymacał załącznik światła. Pokój był czarnej oprawie, taki jaki go zapamiętał. Jednak zawartość pomieszczenia była inna, niż się spodziewał.
- Kurwa. Gdzie ona do cholery jest…
W tamtej chwili właśnie źrenice rozszerzyły się mu mocno. Pusty pokój sterowania oznaczał tylko jedno. Madison właśnie czekała na Liama wraz z Lily. Tego był na sto procent pewien.
Chyba nigdy tak szybko nie przemieścił się z samej góry budynku aż do piwnicy. Praktycznie wszystkie korytarze usłane były ciałami członków grupy zorganizowanej przeciwko nim.
Jego spodnie miały czerwone plamy, jakby biegał po błocie na dworze. Tylko, że to ploto nie było. Pod butami słychać było plusk gęstej krwi wylewającej się z ciał. Czasami przeskakiwał nad nimi, czasami dobijał niektórych, gdyż ci ostatkami sil mierzyli do niego.

W piwnicy znalazł się po chwili. Zapomniał kompletnie o swojej ranie na nodze, chociaż nieświadomie utykał. Przemknął przez grupę antyterrorystów, którzy stali na czatach, by nikt więcej się nie przedostał. Strzały z górnych pięter było słychać cały czas. Zayn i Katrine tam walczyli. Tom dalej rozprawiał się z innymi. Parę ludzi Tylera na pewno im pomagało. Drew jednak nigdy nie był tak zdenerwowany.  Bał się o innych, aż dziw.
Szybko wbiegł do pomieszczenia gdzie znajdowała się Lily, musiała się tam znajdować, bo nigdzie indziej jej nie było. Widok który ujrzał przed sobą zmroził jego ciało.

Dziewczyna siedziała na krześle, cala zmarnowana. Patrzyła ze łzami w oczach na Liama, który stal tuż przed nią z wyciągniętym pistoletem. Mierzył do madison która z odbezpieczoną bronią koczowała przy dziewczynie i ciągnąc ją za włosy, przykładała jej lufę do skroni. Steve nie mógł nic zrobić. Antyterroryści szarpali się ludźmi Madison, praktycznie wszyscy bez broni, bo ta leżała na ziemi. Czuł, jakby czas się zatrzymał. Wszyscy stali w miejscu, a on szedł do przodu omijając ich. Jak w filmie. Słyszał tylko śmiech Allen. Groziła im.
Jeden krok i ją zabije.
Może czas było jednak zmienić strategie? Może powinien pozwolić ją zabić, czemu nie? Wszystkie problemy by się rozwiązały. Nie miałby zobowiązań, wróciłby do dziewczyny, którą kocha, do starego stylu życia. Może to był jakiś plan. Był trochę zamroczony myślami, jednak wiedział co robić.

Podszedł do Stevena i podciął mu nogi by ten upadł. Znokautował go, by ten nie miał jak się wtrącić. Całe skupienie zwróciło się na niego. Nawet nie słyszał, co krzyczy Liam. Zapewne coś w stylu „co ty robisz?!”. Jednak w uszach mu piszczało, nie słyszał.
Wycelował w niego pistoletem i podszedł blisko, szepcząc mu do ucha, że wszystko będzie dobrze, nie strzelaj do mnie, przepraszam. To zdanie powierzył tylko mu, a następnie strzelił w jego bark. Chłopak złapał się mocno na ramie i przykucnął z bólu puszczając pistolet. Krzyk Lily rozdarł cały pokój. Myślała, że dostał w serce.
- Drew kochanie – Madison rozpromieniła się i rozłożyła ręce puszczając biedną Lily. Drew uśmiechnął się i przytulił ją mocno podnosząc do góry.
- Bardzo za Tobą tęskniłem – wyszeptał, a ona pogłaskała go po włosach opiekuńczo.
- Już dobrze. Wszystko już dobrze. Możesz wrócić do domu. Już po wszystkim.
- Madi… - stanął obok niej wyjmując jej pistolet z rąk bardzo subtelnie. – Problem w tym, że ja wrócę do domu, a ty nie.
- O co ci chodzi – powiedziała zdezorientowana i zanim zdążyła coś jeszcze powiedzieć, kula przeszyła jej pierś na wylot. Jej piękne, zgrabne ciało zaczęło spadać na betonową posadzkę. Ostatni widok jaki widziała przed śmiercią, była twarz Drew. Jego smutna twarz, policzek po którym leciała samotna łza i usta szepczące ciche „przepraszam”.  Jakby to była jego wina, że musiała umrzeć.

Wraz ze śmiercią Madison wszystko poleciało jak domino. Kolejni napastnicy padali, aż nie zostało z nich nic. Niektórzy poddawali się, niektórzy chcieli uciekać inni zmieniali stronę walki, by nabyć jeszcze trochę szczęścia i przeżyć.
W bazie zaczęło cichnąc.
Drew obwiązał ramie Liama bandażem kolejny raz przepraszając. Dostał wybaczenie, gdyż koniec końców wszystko było dobrze. Steven nie strącił przytomności, wręcz ledwo co zabolał go upadek. Widząc co robi Drew, nie chciał mu przeszkadzać. Ciemne oczy naprowadziły go na drogę rozumowania chłopaka.
Steven usiadł spokojnie przy ścianie wdychając powietrze. Musiał się uspokoić. Podniósł wzrok, by zobaczyć cala sytuacje, która miała teraz miejsce. Też czekał długo, by zobaczyć jak wszystko się znowu dobrze układa, szczególnie dla Liama.
Drew przeciął liny trzymające ciało Lily na krześle. Na jej rekach były okropne ślady, wielu szarpań, prób ucieczki, tygodni męczarni. Jej zmasakrowane małe ciało wpadło w ramiona Liama w jednej sekundzie.
Ciepło jakie otuliło dziewczynę, było nie do opisania. Zaczęła płakać cicho czując ciało innego człowieka, a to było ciało, które dodatkowo kochała. Mocno zacisnęła ręce na ubraniu chłopaka, jakby zaraz miał odejść i ją znowu zostawić.
Liam nic nie mówił, patrzył się tylko w dal za ramieniem Lily przytulając ją. Nie mógł uwierzyć, że to był koniec, że znowu są razem. Był taki szczęśliwy.
- Nigdy nie widziałem cie w brązowych włosach – szepnął w palcach trzymając pukiel jej włosów. Ona spojrzała na niego i potem na jeden z kosmyków.
- Nie widziałam się w lustrze od…
- Od 4 miesięcy – szepnął Liam po czym pocałował jej czoło delikatnie. – Już będzie dobrze obiecuje.
- Dobrze, wierze ci – powiedziała tez i bezsilnie zsunęła się co jego ciele.

Mężczyźni opatrzyli trochę ciało Black. Kiedy wyglądała już na w miarę zabezpieczoną, Payne wziął ją na ręce. Musieli stąd jakoś wyjść. Poszli znowu na klatkę schodową pełną trupów. Jeżeli Lily nie byłaby wtulona w chłopaka, na pewno nie wytrzymałaby tego widoku. Był jeszcze gorszy niż w ich własnej bazie podczas poprzedniego ataku, kiedy jej już nie było. Nie mogła być na to przygotowana.  
Wspięli się po schodach i weszli na korytarz zadowoleni. Pierwszą rzeczą jaką ujrzeli była Katrine i Tom klęczący.
- Gdzie Zayn – zapytał Liam podchodząc bliżej. Katrine ze łzami w oczach odwróciła się do niego, a na jej buzi zagościło cos nieokreślonego. Widok córki był samym szczęściem, a ona się nie cieszyła?
Dopiero kiedy kobieta wstała, a Liam posadził Lily przy ścianie, by te mogły się przywitać dostrzegł, czemu kobieta była taka załamana.
Na posadzce leżał Malik z ręką przyciśniętą do piersi. Miedzy palcami było widać pełno krwi, a jego oczy skierowane były w sufit, praktycznie bez życia. Wszyscy tylko stali i patrzyli, bo nie mogli nic zrobić. Wyrok już zapadł.
Liam w mgnieniu oka znalazł się przy przyjacielu i złapał go mocno za dłoń. Zacisnął ją, bo nie umiał powstrzymać bólu, który się w nim gromadził.
- Zay… - szepnął, a ten odwrócił tylko wzrok w jego stronę.
- Ja nie chciałem – zakaszlał mocno przerywając zdanie.
- Shh cicho nic nie mów – powiedział brunet dając drugą dłoń na jego czoło. Na koszulkę Zayna spadały pojedyncze krople z oczu Liama. Widok ruszał go dogłębnie, jakby był nierealny.
- Ja nie chciałem was skrzywdzić… - ciemna buzia zaczęła blednąć, jakby łza płynąca z czekoladowych oczu, mroziła ją pod swoim dotykiem. – Ja tylko ją kocham. Ja tylko ciebie kocham.
- Nie… Nie mów tak – pokręcił głową Payne, po czym pogłaskał głowę chłopaka. Chciał zatrzymać pożegnalny potok słów, którego się spodziewał, jakby to miało wszystko zmienić.
- Ja zawsze cie kochałem – uśmiechnął się bardzo delikatnie. – Przepraszam.
- Nie. Nie pieprz głupot – Liam zaczął panikować. Rękę czoła przyłożył do reki Zayna i docisnął bardziej, widząc jak mulat traci siły i nie tamuje już krwi.
-Wszystko będzie dobrze, nie bój się – powiedział tylko.
 W tamtej chwili zapadła głęboka cisza. Liam przestał czuć bicie jego serca, a brązowe oczy zostały w tym samym miejscu, wpatrzone  błękitne Liama. Na zawsze.
Nikt się nie odezwał przez dłuższa chwile. Nie wiedzieli co powiedzieć.
- Nie Zayn proszę nie – chłopak krzyczał wreszcie głośno, niszcząc głuchą ciszę, a Drew złapał go mocno za ramiona odciągając go od ciała Zayna, które Liam lekko trząsł, majac nadzieje ze ten drugi się obudzi.
- Liam, on umarł przestań – Marlock mówił chłodno, ale w środku także odczuwał duży niepokój, jednak to on musiał zachować zimną krew.- Odpokutował, daj mu odejść w spokoju Liam.

Chłopak nie chciał tego do siebie dopuścić. Zakrył twarz dłońmi i zaczął płakać cicho. Czy tak wyglądał właśnie jego koniec świata? Czy był szczęśliwy przez parę minut i znowu wszystko musiało się zawalić? Nie rozumiał tego, co złego zrobił wszechświatowi, że teraz za to płacił.
- Hej Liam… - Cichutki glos przybliżył się do niego. Dziewczyna złapała jego dłonie. Lily poprosiła, by Steven przyprowadził ją do niego. – Wiesz, on by nie chciał żebyś za nim płakał. – uśmiechnęła się lekko. Miała taki łamiący się głos, gdy patrzyła na ciało mulata, gdyż także kochała go, bardzo, bardzo mocno.
- To ja go zabiłem Lily, taka prawda.
- Nie Liam. Ani ty, ani ja, ani my go nie zabiliśmy. On się tez nie zabił. To zrobił ktoś inny.
- Gdyby nie…
- Tak, gdyby nie nasza miłość uważasz, że by do tego nie doszło? Myślę, że doszłoby. To był jego czas. On umarł szczęśliwy, przy tobie – powiedziała jeszcze ciszej i przytuliła chłopaka najmocniej jak umiała, wcześniej wycierając jego łzy. – On by chciał, żebyśmy w końcu wrócili do domu.
Po chwili zastanowienia, Liam spojrzał na buzie dziewczyny i wziął ją w dłonie wzdychając.
- Więc wracajmy do domu…



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz